Błędy intelektualne mojej młodości

Wbrew ulubionemu powiedzeniu pewnego diagnosty z pewnego serialu medycznego, ludzie się zmieniają – a przynajmniej dotyczy to ich poglądów. Nie inaczej jest z autorem tego bloga, który nie zawsze był anarchistą, anie nawet libertarianinem. Ba, nawet liberałem kiedyś nie był, choć dziś przechodzą go na myśl o tym ciarki po plecach.

O młodych socjalistach, czyli wstęp

„Kto nie był za młodu socjalistą, ten na starość będzie łajdakiem”

To stare, dobrze znane powiedzenie wiele mówi o charakterze ludzkim, a zwłaszcza o charakterze ludzi młodych – ludzi naiwnych, nastawionych do życia entuzjastycznie, z łagodnością i szczodrością, nie nauczonych jeszcze, że o to, co ich, muszą zadbać sami, bo nikt inny za nich tego nie zrobi. Więcej, młodzi ludzie zwykle wierzą nawet, że to właśni inni – społeczeństwo, naród, państwo – zadba o nich najlepiej. Doświadczają zresztą w tym okresie raczej korzyści ze strony społecznego aparatu redystrybucji, aniżeli strat, gdyż są raczej beneficjentami tego systemu, niż płatnikami. Uczą się na koszt pozostałych obywateli, leczeni są za darmo, szczepieni także, niektórym państwo funduje wyprawki szkolne, ubrania, obiady, stypendia naukowe czy wczasy w górach albo nad morzem. Dla młodego człowieka dopiero wkraczającego w dorosłość, państwo opiekuńcze wydawać się może „dobry wujkiem”, który niewiele zabiera, a dużo daje. Nie tylko zresztą pozory wynikające z iluzji państwa dobrobytu ukrywającego koszty i chwalącego się jedynie „korzyściami:” oferowanymi obywatelowi, są przyczyną socjalistycznego entuzjazmu młodych lewicowców. U jego podłoża leży też pewien – wrodzony zapewne, bądź zaszczepiony we wczesnym dzieciństwie – pierwiastek poczucia wspólnoty, altruizm i wrażliwość społeczna. Jest jednak coś jeszcze bardziej fundamentalnego – a właściwie dwa czynniki. Myślę, że można powiedzieć, iż każdy z nas chciałby tak naprawdę, aby każdemu wiodło się dobrze, aby naokoło wszyscy luzie mogli doświadczać dobrobytu, aby nie było biedy, głodu, bezrobocia, ludzi bezdomnych, patologicznych, ani przestępców. Marzymy o świecie bez anomii społecznej, bez grabieży, wyzysku, nędzy i wojen. To naturalna skłonność każdej istoty – nie wynika ona zapewne wcale z realnego altruizmu, lecz z najgłębszego właśnie egoizmu. Jak bowiem pisze H. L. Mencken

„Altruizm, nawet najbardziej uczciwy, w znacznej części wynika stąd, że nieprzyjemnie jest mieć nieszczęśliwych ludzi wokół siebie.”

W świecie dobrobytu, pokoju i równości, jednostka byłaby bezpieczna i wolna – wolna od cudzej zawiści, ucisku, roszczeń, terroru i przemocy. W świecie, w którym wszystkie potrzeby wszystkich ludzi są spełnione, nie ma potrzeby okradać innych – czy to własnoręcznie czy za pomocą państwowych podatków – gdyż każdy posiada wszystko i względnie tyle samo dobra. A nawet, jeśli istnieje zróżnicowanie, w takim idealnym świecie nie powoduje ono konfliktów – co z tego, że sąsiad ma większa limuzynę, skoro moja i tak pomieści całą moją rodzinę z kuzynostwem i zwierzętami domowymi włącznie? W chwili, gdy do tej idyllicznej koncepcji, która nieobca jest także przeciwnikom socjalizmu, takim, jak ja czy Mateusz Machaj[1] z Instytutu Misesa, zakradnie się pojęcie „równości”, ta niegroźna, naiwna idylla musi szybko przemienić się w ideologiczny koszmar – socjalistyczną dystopię. Pod taka postacią jest jednak uświadamiana przez młodych lewicowców i z takimi pojęciami, jak „równość” zaczynają się oni utożsamiać. Obserwując pozorne „porażki kapitalizmu” i „niedomagania wolnego rynku”, skłaniają się ku ideom socjalistycznym, które wydają im się przemawiać językiem korespondującym z tym naiwnym „kodem maszynowym” ich wrażliwej, dobrodusznej osobowości. Im mniej skrajny jest prąd socjalistyczny – im dalszy od morderczych wizji Stalina, Lenina czy Mao Tse Tunga, im więcej „ludzkiej twarzy” zawiera, tym atrakcyjniejszy jest dla nich socjalizm. Tak więc nurt socjaldemokratyczny uwodzi pozornie łagodnymi i nieinwazyjnymi, a do tego oferującymi wiele korzyści rozwiązaniami – dobrodusznym państwem „opiekuńczym”, które nie zniewoli nikogo, a przeciwnie: wspomoże najsłabszych. W tym punkcie wystarczy tylko wmówić dobrotliwym, młodym ludziom, że „nierówność” jest zawsze subiektywnym pojęciem i wynika z rozwiązań systemowych, oraz, że nikt nie jest nigdy winny swojemu losowi, aby usprawiedliwić już wszelkie programy socjalistycznego koszmaru – wszelkie podatki, wydatki i projekty rządowe. Aby żyło się lepiej, wszystkim. Wpadłszy w pułapkę socjalizmu czy etatyzmu, młody człowiek przestaje dostrzegać rozbieżność między prawdziwym priorytetem – jakim jest zapewnienie wszystkim ludziom prawa do dążenia do szczęścia  – a priorytetem socjalizmu – czyli zlikwidowanie wszelkich dysproporcji między członkami społeczeństwa. W tym momencie szczytne hasła zastępują także jakąkolwiek analizę ekonomiczną, gdyż przecież ekonomia jest nauką niegodziwych kapitalistów, która w pogardzie ma los nieszczęsnych biednych i zajmuje się jedynie matematycznymi wzorami, wykresami giełdowymi oraz powiązana jest z obleśnie bogatymi „spekulantami” z Wall Street. Współcześnie niektórzy młodzi ludzie zamiast wśród zwolenników tradycyjnego państwa dobrobytu znajdą się w środowisku kontestującym po prostu zastany stan rzeczy – z ekonomią i wolnym rynkiem oraz kapitalizmem jako głównymi wrogami – a nie mając nic sensownego do zaproponowania, zwracają się do rozwiązań etatystycznych. To właśnie ruch Oburzonych. Oburzeni nie widząc niczego poza fasadą kryzysu, jaka jest światowa bankowość i jej wypaczenia, w sposób naturalny skłonią się do poparcia rządu – nie mając pojęcia, że rząd stanowi drugą nogę tego samego potwora zjadającego świat. No, pozwoliłem sobie na rozbudowaną dygresję dotyczącą lewicowego wypaczenia umysłów wielu młodych ludzi, jednak uczyniłem to głównie z czystej przyjemności przyglądania się patologiom. Sam bowiem socjalistą nigdy nie byłem. Odnosząc się do rozpoczynającego ten tekst cytatu, nie uważam się za „łajdaka”, gdyż nawet ja przyznam, że z miłą chęcią powitałbym świat, w którym nie występowałaby rzadkość zasobów, a zatem przymus stosowania kalkulacji ekonomicznej czy praw własności w większości przypadków. W świecie takim każdy miałby wszystko, czego zapragnie bez ograniczania stanu posiadania innych ludzi, jednak jest to tylko absurdalna wizja niemożliwa do spełnienia. Wobec tego „równość” zawsze będzie wiązać się z zabieraniem własności bogatszym, aby rozdać ją biedniejszym, zatem z przemocą i kradzieżą. W tym aspekcie bycie socjalistą jest po prostu niemoralne z samej natury rzeczy. Na szczęście ta pułapka mnie ominęła. Nie ominęły mnie natomiast inne…

Dlaczego nie jestem patriotą

Wielu prawicowców czytających tego bloga zapewne oburzy się, uzna mnie za „zdrajcę”, czy w łagodniejszej wersji za  „bezideowego anarchistę”. Absolutnie zrozumiem tego typu reakcje, gdyż jeszcze przed trzema laty na kwestie wartości narodowych, interesu suwerennego państwa polskiego i historię spoglądałem okiem zdeklarowanego patrioty. Do nacjonalizmu było mi daleko, choć bliżej, niż do dowolnego innego, skrajnego ruchu ideowego. Jako miłujący porządek społeczny, tradycyjne wartości konserwatysta, postrzegałem jednak nacjonalistów za mniejsze zło, od innych opcji. Patriotyzm miał wiele zalet, spośród których dominująca był antykomunizm – nie można być polskim patriotą i komunista jednocześnie i z tym stwierdzeniem zgadzam się do dnia obecnego. Drugą był tradycyjny model rodziny, który popierałem – poświęcę temu osobny akapit tego tekstu. Trzecim zaś poczucie przynależności, czy raczej jej potrzeba, oraz bezsensowna, martyrologiczna duma z godnej pożałowania, tragicznej historii Polski i Polaków. Ofiary poniesione przez ten skatowany przez dzieje naród – uciskany przez zaborców, okupantów hitlerowskich i sowieckich – były dla mnie bohaterami. Polska, jako suwerenny kraj, wydawała mi się niezwykle ważnym bytem. Anarchia kojarzyła mi się z bezmyślną destrukcją, ludźmi w kapturach i zamieszkami ulicznymi, a nie z wolnością jednostek od publicznej przemocy. Nie rozumiałem ani trochę, że pojęcia takie, jak „naród” czy „ojczyzna” to mity wykreowane w nowożytności na użytek nowoczesnych państw demokratycznych, których celem jest skłonić miliony ludzi do poświęcenia swego mienia, losu i życia dla dobra „kraju”. Państwa nie są jednak spontanicznym dziełem narodów – obywatele nie stworzyli ich dobrowolnie w drodze jakiejś umowy społecznej, ani nie wyłoniły się one naturalnie. Państwo jest wobec narodu bytem pierwotnym, nie wtórnym. Najpierw powstały byty państwowe, a dopiero potem te byty dołożyły wysiłku, aby z masy ludzi zamieszkujących zarządzane przez siebie terytorium skleić „naród” – skonsolidować różnorodne grupy etniczne i kulturowe. W tym celu powstała państwowa, powszechna, przymusowa edukacja i pobór do wojska – owoc rewolucji francuskiej. Wtłoczywszy młodych ludzi do szkolnego aparatu indoktrynacji oraz młodych dorosłych do armijnej fabryki posłusznych niewolników, państwo uzyskało potężne narzędzia inżynierii społecznej. Dzięki nim mogło stworzyć „naród”. Monarchie przekształciły się w demokracje, co pozwoliło skłonić miliony poddanych do udziału w wojnach będących wcześniej utarczkami feudałów. Tożsamość narodowa stała się gwarantem dla rządu, że będzie on mógł powołać pod broń wielkie masy gotowych umierać za niego ludzi. Być może nie byłoby nic złego w dobrowolnym, spontanicznym poświęceniu się ludzi dla społeczności postrzeganej przez nich za wartą takiego czynu – zapewne tak swoje czyny postrzegali powstańcy warszawscy czy żołnierze AK. Należy im się za to szacunek i nie zamierzam bynajmniej umniejszać ich czynów oraz ofiar. Problem leży nie w ocenie samego czynu patriotycznego, lecz w ocenie fundamentów „patriotyzmu” jako takiego. Patrioci bowiem tkwią – i ja sam jeszcze do niedawna tkwiłem – w błędzie, który został umyślnie, celowo wtłoczony im do świadomości. Błąd ten polega na wierze w istnienie „interesu narodowego”, „racji stanu” i innych, tym podobnych pojęć. Koncepcja „narodu” jest narzędziem mającym spełnić funkcję spoiwa społecznego, które zjednoczy ludzi zamieszkujących terytorium państwa, wraz z pewnym zestawem wartości narodowych oraz ujęciem „wspólnego dziedzictwa historycznego”, ma sprawić, że obywatele tego państwa będą uważali, że posiadają wspólny interes „narodowy”, oraz że jest on rozbieżny lub diametralnie sprzeczny z interesem innych narodów – ludzi rządzonych przez sąsiednie rządy. W obliczu wojen toczonych przez te rządy, dodaje się do tego jeszcze element indoktrynacji nacjonalistycznej – poczucie wyższości własnego narodu nad wrogiem, oraz nienawiść do tego ostatniego – i w ten sposób uzyskuje się miliony karnych, żądnych krwi rezerwistów, którzy gotowi są zabijać rezerwistów obcego państwa i sami umierać za interesy… polityków wywołujących wojny. Oczywiście rezerwiści Ci wierzą, że umierają w obronie swego narodu, suwerenności, honoru, demokracji i tym podobnych wartości. Jest to całkowity nonsens – w istocie umierają po to, aby obcy rząd nie zastąpił „ich” rządu. Aby „wrogie” państwo nie zniszczyło „ich” państwa. Czym jest jednak państwo? Państwo jest jedynie terytorialnym monopolem na przemoc i opodatkowanie – gangiem sądzącym na swoim terytorium poddanych i dokonującym redystrybucji bogactwa. Państwo jest przy tym jedynym, prawdziwym, ostatecznym beneficjentem tego układu, gdyż jako jedyne nie oddaje niczego, natomiast utrzymuje się z podatku pobieranego poddanym. Państwo jest zatem pasożytem. W jego interesie jest utrzymanie wyłączności na swoim terytorium na stosowanie przemocy i pobieranie podatków (haraczów). Gdy człowiek zrozumie tą prostą prawdę, dociera do niego, że „narody” walczą pomiędzy sobą nie we „własnym” interesie, lecz w interesie gangsterów okradających ich z owoców ich pracy. Patriota broni swojego rządu – lokalnego gangu – przed obcym rządem – sąsiednim gangiem, błędnie utożsamiając rząd z „narodem” i „ojczyzną”. Wielka fikcja, jaką jest naród, ukrywa przed żołnierzami, urzędnikami i innymi obywatelami parszywą prawdę o naturze patriotyzmu. Nieświadomi, że oddają swoje pieniądze, wolność i wreszcie nierzadko życie za interesy stosunkowo niewielkiej grupki polityków wypowiadających wojny „w imieniu narodu”, stają się ofiarami wielkiej manipulacji, być może najstraszniejszej w historii ludzkości. Narodowe ambicje, duma, paniczny strach przed cudzoziemcami, ślepa nienawiść do żołnierzy i cywilów wrogiego państwa – to wszystko narzędzia tej manipulacji. Ludzie wierzą, że istnieje coś takiego jak „interes narodu”, który jest ważniejszy od interesu jednostek czy grup społecznych. Wierzą, że ich życie jest mniej warte, niż kolor flagi powiewającej nad budynkiem lokalnej siedziby gangu – parlamentu czy pałacu prezydenckiego. Tak, jakby miało jakąś istotną różnicę, jak nazywa się banda złodziei i morderców, którzy okradają go na co dzień, mogą go uwięzić lub zabić jeśli złamie stanowione przez nich zasady „prawa”, albo jeżeli przegłosowana zostanie stosowna ustawa, taka , jak Norymberskie ustawy rasowe, czy ustawa przeciwko „kułakom”. Oczywiście, istnieją pewne zrozumiałe względy, które sprawiają, że wygodniej i bezpieczniej jest człowiekowi zaakceptować ucisk rządu stworzonego przez „swój naród” niż „obcego rządu” – mimo, że tak naprawdę każdy rząd jest „obcy’, każdy stoi w jawnej opozycji do kontrolowanego przez siebie narodu i jego interesy są sprzeczne z interesami każdego, poszczególnego obywatela – chyba, że obywatel ten wejdzie w skład państwowej administracji lub jest biznesmenem, który sprzymierzy się z państwem w celu ograniczania konkurencji dla swoich usług, zdobycia ochrony prawnej i podatkowej. Względami przemawiającymi za poparciem tutejszego rządu, tworzonego przez Polaków, jest dla przeciętnego Polaka przede wszystkim wspólny język. Życie w państwie o obcym języku urzędowym jest, przynajmniej początkowo, trudne i kłopotliwe. Trzeba ponieść spory wysiłek, aby opanować obcy język, a nawet potem, znacznie prościej jest prowadzić codzienne życie posługując się rodzimym językiem. Innym czynnikiem są cechy i wartości ,”narodowe”, czyli mniej lub bardziej stereotypowy zestaw cech członków tego samego narodu, oraz wartości przez nich uznawanych zza cenne. W obrębie Europy nie występuje jednak jakaś dramatyczna rozpiętość w wyznawanych wartościach czy charakterze ludności – nie sąsiadują obok siebie (z wyjątkiem Bałkanów) narody o diametralnie odmiennych kulturach, sprzecznych wartościach i religii. Niektóre społeczeństwa, np. Francuskie, czy Brytyjskie, są bardziej zróżnicowane wewnętrznie, niż różnią się od innych narodów. Wpływ na to ma oczywiście otwarcie granic w obrebie Unii Europejskiej, oraz upadek Bloku Wschodniego i ogólny wzrost mobilności współczesnej ludności. W efekcie, jako Polak, nie widzę powodu, abym miał czuć się bardziej związany z innymi Polakami – jeśli chodzi o ideologię jest mi zdecydowanie bliżej do francuskiego anarcho-kapitalisty czy brytyjskiego libertarianina, niż do polskiego katolika, socjalisty albo skinheada. Jeżeli mowa o jakichkolwiek narodowych interesach, to dotyczą mnie one tylko dlatego, że bezmyślny, chciwy rząd rości sobie prawo do występowania w moim i innych obywateli imieniu, na przykład negocjując ceny dostaw gazu z Rosji. Nie jest to jednak interes narodowy, lecz po prostu narzucona obywatelom władza rządu. Gdyby nie państwo polskie, Gazprom nie miałby żadnego powodu, aby nakładać na Polaków wyższe ceny gazu niż na inne grupy ludności. To nie ekonomia lecz polityka sprawia, że w debacie wyłaniają się „interesy narodowe”. W obrębie samej Europy te siły narodowe słabną. Napływ ludności islamskiej do Europy jeszcze bardziej rozmywa granice między narodami europejskimi rysując nową linię podziału: Muzułmanie kontra Europejczycy. Zderzenie między cywilizacjami następuje nie na granicach tych cywilizacji, lecz w samym sercu cywilizacji zachodniej, w wielkich miastach Europy, gdzie powstają wielotysięczne getta imigrantów i jak grzyby po deszczu powstają meczety. W tym aspekcie problem narodów stanie się zupełnie nieistotny, gdyż wszystkie narody będą zmuszone do podjęcia trudu walki o przetrwanie i ocalanie europejskiej kultury i wartości przed pożarciem przez Islam. Wracając jednak do patriotyzmu: jest to całkowicie sztuczna siła wykreowana przez sprytne państwa narodowe. Wyobraźmy sobie, jak wyglądałaby I wojna światowe, gdyby Rzesza Niemiecka, Francja czy Rosja nie mogły zaciągnąć na wojnę milionów mężczyzn? Gdyby ludzie Ci nie rzucili się do poboru z radosnym nacjonalizmem na ustach? Gdyby patriotyczne oddanie ojczyźnie nie istniało? I wojna światowa ograniczyłaby się do kilku potyczek wojsk królów i cesarzy i podpisania traktatu pokojowego, po którym ci sami królowie i cesarze zasiedliby do wystawnego obiadu planując nowe mariaże dynastyczne między swoimi następcami. Nacjonalizm pospołu z socjalizmem rozbudziły nienawiść milionów Niemców i doprowadziły do władzy Adolfa Hitlera, który powiódł Niemcy w kolejna, beznadziejną i jeszcze bardziej niszczycielską wojnę – tym razem naprawdę „światową’ w skali. Obecnie patriotyzm sprawia, że setki tysięcy młodych Amerykanów morduje nieznanych sobie, niewinnych mieszkańców Afganistanu, a do niedawna robili to samo w Iraku. Nie wszyscy robią to dla pieniędzy – niektórzy z przekonania, że zabijając wyznawców Islamu, bronią swojej ojczyzny i demokracji. Wystarczy przeczytać książkę Marcusa Luttrella o jego służbie w Navy SEALs i udziale w operacji „Redwing” w Afganistanie, aby zrozumieć, jak bardzo szkodliwy wpływ ma narodowa propaganda na umysły ludzi. Ten, skądinąd niezwykle odważny i wojowniczy człowiek, z oddaniem mordował Afgańczyków, bo wierzył, że byli oni zagrożeniem dla jego kraju, rodaków i rządu. Tymczasem w rzeczywistości wojna w Afganistanie to biznes narkotykowy należący dla CIA. Wyobraźmy sobie zatem świat bez patriotyzmu, gdzie ludzie kierują się swoim rzeczywistym interesem, oraz interesem swoich bliskich, a nie fikcyjnym „interesem narodowym”. W świecie takim żaden rząd, czy to swój czy obcy, nie mógłby znaleźć usprawiedliwienia dla wszczynania wojen i posyłania milionów młodych ludzi na śmierć, skazywania ich na kalectwo, mordowania „wrogich’ cywilów, dzieci, kobiet i starców, bombardowania miast. Nikt by się na to szaleństwo po prostu nie zgodził, bo to jest szaleństwo, które jednak obecnie sprytnie ukrywane jest za fasadą narodu i demokracji. Znamienne jest, jak wielu polityków i zwykłych ludzi wierzy, że demokracje nie prowadzą wojen z innymi demokracjami. Jest to kolejny mit służący usprawiedliwieniu istnienia państw demokratycznych, które rzekomo stoją „moralnie wyżej” od państwo niedemokratycznych, przede wszystkim od dyktatur. Czy są lepsze? W żadnym razie, zaś dyktatury w naturalny sposób wyrastają z demokracji – demokratycznie wybrany został choćby Adolf Hitler.

Byłem demokratą…

Byłem. Do tego okresowo skłaniałem się mniej lub bardziej ku poparciu dla idei rządów „dobrego tyrana”, albo technokracji. Na pytanie, jak powinno rozwiązać się problem rządów w społeczeństwie i jaki ustrój polityczny jest najlepszy (lub najmniej zły), było dla mnie bardzo długo najtrudniejszym pytaniem natury socjopolitycznej. Było tak, dopóki nie zrozumiałem, że jest to źle postawione pytanie. Powinno ono brzmieć: czy społeczeństwo w ogóle musi być rządzone. Błędna odpowiedź na tą kwestię skazywała mnie przez lata na beznadziejne poszukiwanie sensu w rozwiązaniach demokratycznych i wiarę w moralne przyzwolenie na „rządy większości”. Byłem ofiarą tego czysto matematycznego błędu, myślałem sobie: „skoro 7 ludzi na 10 uważa, że należy coś robić na sposób X, to pozostałych 3 powinno się dostosować”. Nie widziałem nic złego w takim toku rozumowania.  Sądziłem, że społeczeństwo potrzebuje porządku, ładu i jednolitej organizacji swego funkcjonowania. Nawet nie przyszło mi do głowy, że nie wszyscy muszą żyć wedle tych samych zasad. Kiedy rozważałem kwestie mniejszości – narodowych, religijnych czy seksualnych – sądziłem, że ważniejszy jest interes większości, niż dobro tych mniejszości. Skoro kilka ledwie procent gejów, Muzułmanów czy Niemców zamieszkuje w Polsce, „muszą się dostosować do gospodarzy”. Taki był mój tok rozumowania, który w pełni usprawiedliwiał w moim pojęciu zastosowanie demokratycznych metod rządów. Całkowite oburzenie wzbudzało we mnie zwracanie uwagi na „prawa mniejszości”, gdyż widziałem tylko i wyłącznie jedną możliwość: jeden, wspólny, odgórny porządek społeczny obowiązujący wszystkich obywateli. W związku z tym, nie do pomyślenia było dla mnie uwzględnianie w porządku społeczno-prawnym postulatów mniejszości. Kierując się utylitaryzmem,  uznawałem, że jedynym, dopuszczalnym rozwiązaniem jest narzucenie mniejszości postulatów większości. Skoro 9 osób na 10 chce prawostronnego ruchu ulicznego, to należy wprowadzić prawostronny ruch uliczny,  a nie lewostronny – pożądany przez jedną tylko osobę. Ujmując temat czysto matematycznie i uznając, że liczy się zadowolenie jak największej liczby członków społeczeństwa, demokracja wydawać się może atrakcyjnym rozwiązaniem. Jednak dziś widzę, że nawet to jest kłamstwem. W realnym świecie bowiem demokracja nie jest wcale spełnieniem woli większości, czego uczą nas wnioski szkoły wyboru publicznego. Okazuje się, że ludzie nie głosują racjonalnie i nie kierują się programami wyborczymi, a politycy przez nich wybierani i tak nie realizują programów wyborczych. Po skończonych wyborach politycy stają się nietykalnymi władcami, którzy robią co chcą, a ich jedynym celem jest… nakraść jak najwięcej. Wyborcy mają nikły wpływ jedynie na to, kto będzie ich okradał i gnębił zasiadając w parlamencie, natomiast poza ich kontrolą jest treść uchwalanego prawa, decyzje dyplomatyczne i polityczne. Demokracja to wielki wyścig do koryta z publicznymi pieniędzmi, z którego każdy polityk stara się zagarnąć dla siebie jak najwięcej, gdyż po jednej, góra dwóch kadencjach utraci do niego dostęp. Im więcej zatem zagarnie w tym czasie, tym lepiej dla niego – nie interesuje go racjonalne wydatkowanie publicznych pieniędzy, gdyż nie jest właścicielem państwa, a jedynie chwilowym nadzorcą. Eksploatuje zatem system podatkowy, po czym zastępuje go nowy złodziej. Tak w skrócie działa demokracja. To jednak tylko jeden powód, dla którego demokracja nie jest możliwa do zaakceptowania. W istocie nie są to nawet często wcale „rządy większości”, lecz dyktatura mniejszości – jeśli w Polsce głosuje w wyborach przeciętnie połowa polaków, a zwycięża opcja wybrana przez 51% z tej połowy, to rządzą ludzie posiadający mandat od zaledwie co czwartego Polaka. To ma ich uprawniać do decydowaniu o życiu pozostałych trzech czwartych? To oczywiście wada nie tylko samego mechanizmu demokracji, lecz przede wszystkim społeczeństwa polskiego, które zamiast pójść do wyborów, woli narzekać w Internecie i pozwolić różnej maści idiotom wybierać ciągle tych samych pupili – złodziei z PO, PiS, PSL czy SLD, którzy od dwudziestu lat niezmiennie rozkradają kraj i likwidują wolności obywatelskie uzyskane na krótko po upadku PRL-u. Fundamentalnym powodem dla którego odrzucam demokrację jest jednak sam fakt, że jest to forma dyktatury – większości nad mniejszością czy mniejszości nad większością, nie ma to żadnego znaczenia. Jak już wspomniałem, samo pytanie o najlepszą formę rządów jest chybione – należy zapytać, czy rządy w ogóle są potrzebne i usprawiedliwione w jakiejkolwiek formie? Takie postawienie pytania przerastało mnie przez cała niemal młodość, gdyż wiązało się niebezpiecznie z terminem „anarchia”, który kojarzył mi się, jak już też napisałem, z pospolitą przestępczością i wrogami porządku, a nie z wolnością. Przeświadczenie, że wszyscy ludzie muszą żyć w ten sam sposób, który zostanie ustalony w ramach jakiegoś ogólnonarodowego konsensusu, na przykład na drodze demokratycznych procedur, zwodziło mnie skutecznie. Na szczęście klapki z oczu spadły i dziś widzę, że takie pojęcia, jak „większość” czy „mniejszość” nie mają sensu ani zastosowania społecznego. W rzeczywistości sam termin „społeczeństwo” jest mocno naciągany – odwoływanie się do „opinii publicznej” to sztuczka polityczna mająca usprawiedliwić narzucanie dyktatu pewnych grup całej reszcie. Parafrazując H. L. Menckena, społeczeństwo to twór narzucający wolę zwycięskiej grupy grupom przegranym, lub zbyt słabym, aby mogły podjąć walkę. Czy tak musi być? Oczywiście, że nie, jeżeli zgodzimy się, że nie ma żadnego powodu, abym ja żył w taki sam sposób, jak mój sąsiad, abym ja płacił podatki na te same cele, co mój sąsiad, wreszcie, abym słuchał rozkazów sąsiada – przekazywanych bezpośrednio lub poprzez wybranego przezeń polityka. Społeczeństwo to fikcyjny byt składający się z setek tysięcy czy milionów ludzi, każdy z nich ma odmienne potrzeby, interesy, lęki, marzenia i każdy z nich powinien móc realizować je zgodnie ze swoją wolą, a nie z wolą „większości” czy „mniejszości” mającej akurat kontrolę nad organami ustawodawczymi i sądowniczymi. Każdy powinien mieć tyle wolności, na ile pozwala mu bliskość innych osób – moja wolność nie może naruszać wolności innych osób. Nie wolno mi naruszać ich swobody, praw własności i to wszystko, co wystarczy, aby ludzie mogli żyć każdy po swojemu. Niech homoseksualiści biorą śluby w swoich homoseksualnych komunach, nacjonaliści śpiewają peany na cześć Dmowskiego w swoich klubach, komuniści wychwalają Lenina w prywatnej kawiarni dla czerwonych i tak dalej. Dlaczego komunista ma podejmować za mnie decyzję o polityce zagranicznej kraju? Dlaczego homoseksualista ma podejmować za mnie decyzje o prawie obyczajowym? I odwrotnie, dlaczego ja mam decydować za nich o rzeczach, które ich dotyczą? Niech każdy żyje po swojemu i da wszystkim innym ludziom spokój. Co więcej, dlaczego „większość” ma decydować o nakładaniu na mnie podatku (grabieży) i o tym, jak wydać zabrane mi pieniądze? Dlaczego większość ma decydować, że jakaś moja aktywność, np. palenie liści pewnej rośliny, będzie karana grzywną czy uwięzieniem? Dlaczego większość miałaby móc zmusić mnie do zaszczepienia się nie zważając na to, że może ja wolę się nie szczepić, gdyż bardziej obawiam się składników szczepionki, niż hipotetycznego zarażenia się jakąś chorobą z minionych wieków? To wszystko czysty nonsens. Skoro jeden człowiek nie ma prawa zmuszać mnie do robienia czegokolwiek, decydować o moim życiu i zdrowiu, ani okradać mnie z moich pieniędzy, to nie ma powodu, aby dowolnie wielu ludzi miało takie prawo, ani tym bardziej aby mogli scedować je na swoich przedstawicieli z parlamentu czy rządu! Śmierć demokracji!

Bezpieczeństwo

„Przeważająca część ludzi chce bezpieczeństwa, nie wolności.”[2]

Muszę niestety przyznać ze smutkiem, że i ja należałem do takich ludzi. Ludzi wierzących, że bezpieczeństwo stoi wyżej niż wolność. Stąd przez pewien okres w swoim życiu bylem nawet zwolennikiem ograniczania wolności grup i jednostek, w tym także mojej własnej wolności, w imię zapewnienia im i mnie bezpieczeństwa. Obawiając się przeróżnych zagrożeń obserwowanych w społeczeństwie wychodziłem z założenia, że  zło drzemie w ludziach i że konieczne są poważne obostrzenia nakładane na ogół ludności, aby ochronić pokojowych obywateli przed złoczyńcami. Dlatego z entuzjazmem spoglądałem na takie „dzieła nowoczesnej techniki”, jak podsłuchy, monitoring, mikrochipy, satelity szpiegowskie, zbieranie baz danych z odciskami palców czy obrazami źrenic. Sądziłem, że im więcej nadzoru nad społeczeństwem, tym mniejsze jest pole do popisu dla przestępców. Im więcej kamer monitorujących ulice, skwery i przejścia podziemne, tym bezpieczniejsi są niewinni przechodnie, a tym trudniej przetrwać bandycie. Co więcej, nieskuteczność całej armii policji i rozwijanych systemów monitoringu skłaniała mnie do absurdalnego wniosku, że po prostu jest tego wszystkiego jeszcze za mało – potrzeba więcej patroli policyjnych, więcej kamer i więcej baz danych. Interpol wydawał mi się instytucją godną szacunku, a koncepcja chipowania ludności nadajnikami najwspanialszym pomysłem pod słońcem! Powtarzałem bzdurną formułkę

„Przecież jako porządny człowiek nie mam nic do ukrycia, monitoring i utrata prywatności nie zagrażają mi, za to przestępcy, którzy mają coś do ukrycia, to oni sprzeciwiają się takim metodom.”

Była ona moim ulubionym argumentem w obronie rozbudowy państwa policyjnego. Ciarki przechodzą po plecach. Z pewnością kierował mną nadmierny, nieuzasadniony strach i brak wiary w społeczeństwo, skrzywione spojrzenie na motywy i charakter innych ludzi, ale niemały wpływ miała też nieświadomość tego, czym w istocie jest państwo. Wierzyłem, że państwo w rzeczywistości jest obrońcą obywateli przed bandytami nie rozumiejąc, że w istocie państwo jest bandytą największym ze wszystkich. Do głowy nie przyszłoby mi, że ludzie mogą sami zapewnić sobie bezpieczeństwo bez pomocy policji. Co ciekawe byłem, tak, jak i dziś, zwolennikiem dostępu do broni palnej dla wszystkich, poza skazanymi prawomocnym wyrokiem oraz chorymi psychicznie – aż dziw bierze, że potrafiłem pogodzić poparcie dla państwa policyjnego z postulatem swobodnego dostępu do broni! Rozumiałem zatem, że nawet najlepszy monitoring ani największa liczba policjantów nie zapewni obywatelowi bezpieczeństwa w każdej sytuacji – ani kamer ani policjantów nie da się ustawić wszędzie. Dlatego niekiedy obywatel musi bronić się sam. Jednak, obawiam się, że gdybym uznał, że jest możliwe przydzielenie każdemu człowiekowi policjanta chroniącego go bez przerwy, to przestałbym wspierać wolny dostęp do broni palnej… Na pytanie: „co z wolnością?” odpowiedziałbym wówczas zapewne coś w stylu: „na co mi wolność bez bezpieczeństwa?” albo „przecież jestem wolny, nie mam nic do ukrycia”. Nie rozumiałem, że bez wolności nie ma bezpieczeństwa, bowiem wolność i bezpieczeństwo to pojęcia odnoszące się do jednostek, nie do grup. Bezpieczeństwo grupy, społeczeństwa, narodu, nie jest równoznaczne z bezpieczeństwem poszczególnych osób – członków grupy, społeczeństwa czy obywateli kraju. Co więcej, wolność jest niezbędna, aby człowiek mógł zadbać o swoje bezpieczeństwo – sama utrata wolności przekreśla szanse na bycie bezpiecznym, gdyż bycie zniewolonym równoznaczne jest z niebezpieczeństwem. Niebezpieczeństwem bycia styranizowanym, kontrolowanym, podglądanym, podsłuchiwanym, aresztowanym, uwięzionym, poddanym sądowi i egzekucji. Nie istnieje żadna gwarancja, że osoby odpowiedzialne za publiczne bezpieczeństwo, monitoring i nasłuch będą mieć dobre, uczciwe intencje. Tym mniej zaufania można mieć do ich przełożonych oraz polityków wydających im polecenia i uchwalających prawo. Co więcej, dysponując rozbudowanym aparatem policyjno-kontrolnym można w każdej chwili poddać penalizacji dowolną, dotąd legalną czynność i błyskawicznie podjąć ściganie za to ludzi. To tworzy atmosferę nieustannego zagrożenia i niepokoju, z bezpieczeństwem niewiele ma wspólnego. Informacji o nadużyciach służb dbających o bezpieczeństwo są dziś szeroko dostępne – funkcjonariusze obmacujący małe dzieci w poszukiwaniu bomb na lotniskach to tylko jeden, jaskrawy przykład, do czego może prowadzić ustrój policyjny. Dziś, zajmując diametralnie przeciwne stanowisko, sprzeciwiając się jakiejkolwiek aktywności rządowej, odczuwam tylko zgrozę na myśl, że kilka lat temu gotów byłbym oddać swe życie pod kontrolę anonimowej rzeszy milicjantów i urzędników, wierząc, że ochronią mnie przez zagrożeniami i nie nadużyją władzy, jaką otrzymają.

Kontrola rodziny

Rodzina to podstawowa komórka społeczna – zapewne dlatego socjaliści tak bardzo chcą ją zniszczyć, gdyż chcą zniszczyć społeczeństwo. Likwidacja rodziny to krok do rozbicia jedności społecznej, zmniejszenia oporu jednostek przed etatystycznymi rozwiązaniami. Poważnym ciosem dla rodziny było wprowadzenie publicznych systemów ubezpieczeń społecznych i emerytalnych, które zredukowało jej rolę ekonomiczną i uzależniło wszystkie następne pokolenia od państwowej łaski. Teraz to nie dzieci maja być zabezpieczeniem obywatela na starość, lecz ZUS. Ekonomiczna marginalizacja była tylko wstępem do ataku na rodzinę. Kolejnym krokiem jest jej otwarte rozbicie – państwo wkracza z buciorami obryzganymi krwią obywateli do domu rodzinnego i decyduje o tym, jaki będzie los dzieci. Urzędnik ocenia, czy rodzice są wystarczająco odpowiedzialni i czy są w stanie zapewnić dziecku godziwe warunki do rozwoju i przetrwania. W tym punkcie okazuje się, że rację ma Janusz Korwin Mikke mówiąc, że zgodnie z filozofią etatystyczną, dziecko jest własnością państwa, a nie rodziców. Państwo obiecuje, że w zamian za tą formę tyranii zadba o bezpieczeństwo i właściwą opiekę nad dziećmi – uchroni najmłodszych od rodziców-sadystów, alkoholików, narkomanów, przestępców seksualnych. I słusznie, te postulaty nie budzą sprzeciwu, wręcz przeciwnie – nikt z nas nie chce, aby degeneraci krzywdzili swoje dzieci. Każdy chciałby, aby dzieci dorastały w dobrym środowisku, w cieple, najedzone, otoczone miłością i bezpieczne. Zgoda, jednak ustawa pozwalająca urzędnikom Pomocy Społecznej odbierać z domu dzieci idzie zbyt daleko. Mimo to, przez pewien czas, Rafał zatroskany losem dzieci żyjących w rodzinach patologicznychm bezrobotnych alkoholików, był zdecydowanym zwolennikiem państwowej „troski” o dzieci. Ze zdumieniem spoglądam wstecz widząc, że moja analiza sytuacji zatrzymywała się zaraz za drzwiami domu z którego urzędnicy zabierają dziecko. Interesowało mnie tylko to, że zostało „uratowane” przed wpływem złego środowiska, ocalone przed biedą, agresją i strachem. Zabrakło jednak pytania: co się dzieje z dzieckiem dalej? Gdzie trafia? Trafia do placówki opiekuńczo-wychowawczej, razem z młodymi przestępcami, degeneratami – nastoletnimi handlarzami narkotyków, sprawcami pobić, złodziejami i innym elementem. Tam czeka je być może jeszcze większa opresja, przemoc i strach. A potem nie wiadomo, czy powróci kiedykolwiek do domu rodzinnego, czy zostanie przeznaczone do adopcji. Adopcja może okazać się wybawieniem, ale nie musi. W zachodnich socjaldemokracjach system popełnia koszmarne błędy. Państwowi urzędnicy potrafią oddać dzieci w opiekę ludziom gorszym od biologicznych rodziców, w dodatku sługi państwa nie lubią, gdy zarzuca im się błędy i niechętnie cofają swoje decyzje[3]. Mimo to w pewnym momencie całkowicie nie dostrzegałem wszelkich zagrożeń wynikających z tak głębokiej i agresywnej ingerencji państwowych instytucji w życie rodziny i sądziłem, że przynieść one mogą dobre skutki. Zwiodła mnie własna niewiara w ludzi, przeświadczenie, że ilość i powszechność patologii jest tak wielka, że konieczne jest podjęcie jakichś zorganizowanych działań. Zły, pijący ojciec wydawał mi się koszmarnym niebezpieczeństwem, bieda zagrożeniem dla rozwoju dziecka, a jednocześnie osamotnienie i patologiczni współtowarzysze w domu dziecka uchodzili mojej uwadze. Jednak negacja państwowej ingerencji w życie rodziny brzmi sensownie, ale istnieją problemy z takim podejściem. Z libertariańskiej perspektywy nadal nie potrafię znaleźć satysfakcjonujących odpowiedzi na pytanie o to „kto zadba o dzieci”? Problem opieki nad dziećmi i decydowania o ich życiu i losie jest znacznie bardziej skomplikowany – w istocie stoimy przed dylematem pod tytułem „do kogo należy dziecko?” czy też może raczej „czy należy do kogokolwiek?”. Dziecko jest wszak człowiekiem, co prawda niedorosłym, niezdolnym do samodzielnego przetrwania, zależnym ekonomicznie, psychicznie i społecznie od rodziny i innych członków społeczeństwa, ale czy to czyni je „własnością” kogokolwiek? Na pewno nie. Na pewno zatem władza rodzicielska, choć zdecydowanie nadrzędna wobec władzy państwa nad losem dzieci, nie jest ostateczna, ani niepodważalna. Niepodważalna władza to stosunek niewolniczy, zaś dzieci nie są niewolnikami. Jeśli jednak zabronimy państwu ingerować w życie rodziny i zabierać dzieci niebezpiecznym, krzywdzącym je rodzicom, jak zagwarantujemy im ochronę przed przemocą w domu? Dziecko nie jest dorosła osobą zdolną niezależnie od woli innych ludzi zgłosić przestępstwa, albo jest bardzo rzadko. Więź psychiczna i strach paraliżują je przed sprzeciwieniem się rodzicom, nawet okrutnym. Co z rodzicami, którzy wychowują dzieci nieodpowiedzialnie? Upijają je alkoholem, biją, wystawiają na mróz, gwałcą? Są to niewątpliwie przestępstwa, które należy ścigać z taką samą determinacją, jak przestępstwa przeciwko osobom dorosłym. Jeśli jednak wykluczymy z tego procesu państwo, może się okazać, że w społeczeństwie prawa prywatnego dzieci nie znajdą odpowiedniej ochrony, gdyż nie posiadają swojej woli, możliwości wynajęcia ochrony niezależnej od tej zakupionej przez ich rodziców. Trudno aby rodzic-sadysta zgłosił prywatnej policji przez siebie opłacanej, że katuje dzieci. Jego małżonek zostanie zastraszony, o dzieciach nie wspominając. Cześć takich sytuacji zostanie wykryta i napiętnowana przez dalszą rodzinę, znajomych, sąsiadów. Nie wszystkie jednak. Prawdą jest jednakże, że państwowy aparat kontroli też wyłapuje zapewne tylko ułamek patologii. Prawdę mówiąc, stoimy tutaj przed wyborem między ryzykiem i pozostawieniem rodzin samym sobie, a niewątpliwie szkodliwą i również ryzykowną interwencją państwa. Wydaje się że na gruncie życia wewnętrznego samej rodziny mamy do czynienia z nierównością sił i praw, której likwidacji nie zagwarantuje żaden ustrój społeczny. Dlatego jestem przeciwnikiem opresji państwowej, gdyż jest ona przewidywalna, opłacana z podatków i jest świadomą przemocą całego społeczeństwa wobec jego członków.

Potępienie homoseksualizmu

Moje obecne stanowisko wobec homoseksualistów zawarłem w osobnym artykule, dlatego skupię się na ruchu LGBT. Wrogość do samych homoseksualistów towarzyszyła mi długo, zjawisko to budziło moje obrzydzenie, wrogość, instynktowną niechęć. Dzis na szczęście sam homoseksualizm potrafię zbyć lodowatą obojętnością, uznając, że nic mi do tego kto z kim sypia, dopóki obie strony robią to dobrowolnie i nie afiszują się tym w zbyt nachalny sposób. Nadal natomiast nie znoszę tego afiszowania się:

„patrzcie! jestem pedałem, mam wielkie dildo przyklejone do czoła i tańczę na paradzie równości!”

Takie zachowanie to błazenada, ohydna prowokacja, niepotrzebne ośmieszanie siebie i obrażanie innych. Co to kogo obchodzi, że jakiś facet woli seks z innymi facetami? To jego prywatna sprawa. Wkurza mnie to, że bęcwały się tym chwalą. LGBT wkurzało mnie od zawsze. Im więcej medialnej propagandy ruchu LGBT widziałem na co dzień, tym bardziej jej nienawidziłem. Nadale czuję do niej niechęć, gdyż jest nachalna, nieuczciwa, agresywna i napastliwa. Ruch LGBT jest równie zajadły w swoich staraniach, co organizacje neonazistowskie w jego zwalczaniu. Co gorsza, LGBT posiada olbrzymie wsparcie polityczne i ekonomiczne, a zatem jest ruchem odgórnym, służącym celom polityków i inżynierów społecznych. Być może jest do pewnego stopnia elementem lewicowej taktyki wymierzonej w zniszczenie tradycyjnych wartości społecznych – tradycyjnego modelu rodziny i relacji między płciami. Trudno ocenić, jak wielu aktywistów to cyniczni wrogowie wszystkiego, co nie jest „postępowe”, ilu to prawdziwi działacze zatroskani o los homoseksualistów, a ilu to polityczni lobbyści chcący osiągać własne cele prz pomocy popularnych haseł „walki z homofobią”. Skrajna głupotą są szopki robione wokół tzw. comming outów znanych osób, na przykład piłkarzy. Co to kogo do diabła obchodzi, że piłkarz X jest gejem? Piłkarz ma grać dobrze w piłkę, a nie mieć jakieś preferencje seksualne. Nieważne, czy woli seks z przeciwna, tą samą płcią, kotami czy drzewami – piłkarz ma GRAĆ W PIŁKĘ i w tym ma być dobry. Dziś homoseksualizm jest na tyle upolityczniony, że może stać się biletem do sławy i kariery. Innymi słowy sytuacja się odwraca – zamiast być upośledzeniem w społeczeństwie, jak było dotąd – staje się przewagą. A nie powinno być ani tak ani tak. Homoseksualizm powinien być neutralny, powinien być sprawą prywatną, tak, jak wierzenia religijne, czy gusta kulinarne. Nie prześladujemy ludzi lubiących smarować dżem majonezem, ale też nie wychwalamy ich za to publicznie i nie stają się gwiazdami, jak Robert Biedroń. Dlaczego więc homoseksualista  ma być traktowany inaczej – w którąkolwiek ze stron? Prawdziwi homoseksualiści mnie nie interesują – nawet ich na co dzień nie widzę, bo maja na tyle wyczucia i rozumu w głowie, aby nie mieszać swojej seksualności do życia publicznego. Żyją jak inni – pracują, handlują, oglądają telewizję, jeżdżą na wakacje i maja się świetnie. Wrzodem w tej grupie są oszołomy pokroju wspomnianego Biedronia, które nie obędą się bez wdania się w dyskusję, bez pochwalenia się, jacy to są postępowi, bez zademonstrowania światu, że podnieca ich męski odbyt. Tacy osobnicy budzą mój wstręt nieodmiennie do dziś. Wstydzę się natomiast, że powtarzałem niegdyś stwierdzenia w stylu „homoseksualizm jest chory, sprzeczny z naturą, sprzeczny z ewolucją”. Taka groteskowa sentencja wynikała z pewnością z oburzenia agresywnością ruchu LGBT chcącego, aby wszyscy ludzie pokochali homoseksualizm bezwarunkowo, ale nie usprawiedliwia to braku zrozumienia dla ewolucji. Niedawno przeczytałem zresztą artykuł zawierający możliwe wyjaśnienie dlaczego geny odpowiedzialne za homoseksualizm jeszcze nie zanikły z przyczyn naturalnych. Otóż geny męskiego homoseksualizmu powodują, że mężczyźni maja mniejszą szanse na ich dalsze przekazanie z wiadomych względów) jednak obecne u kobiet wywołują odwrotny skutek – zwiększają zainteresowanie nosicielek mężczyznami, wzrasta liczba ich partnerów a więc szansa na przekazanie genów dalej. Zatem sami homoseksualiści maja mniejsze szanse na przeniesienie swoich genów, ale ich heteroseksualne siostry i matki maja te szanse znacznie zwiększone. Innymi słowy ulubiony argument wrogów homoseksualizmu (w tym mój własny sprzed lat), jakoby „homoseksualizm był nienaturalny, bo prowadzi do wyginięcia gatunku”, okazuje się błędny. Zresztą nawet, gdyby był prawdziwy – to co z tego? Co z tego, że czyjeś zachowania seksualne nie prowadzą do prokreacji? Miliony ludzi korzysta z antykoncepcji, ich zachowania seksualne też nie prowadzą do prokreacji, należałoby ich potępić tak samo, jak homoseksualistów. Czy homoseksualizm jest obrzydliwy? Dla mnie osobiście jest, to naturalne dla heteroseksualisty, jednak dla homoseksualistów obrzydliwy jest seks heteroseksualny – wszystko to kwestia indywidualnej oceny, osobistych odczuć. Nie mają one nic wspólnego z obiektywnymi faktami, a obiektywne fakty nie znają takiej oceny jak „obrzydliwe” – estetyka nie jest obiektywną dziedziną nauki. Etyka też w znacznej mierze jest kwestią osobistego uznania, choć istnieje jedna, niemożliwa do zanegowania reguła – nieetyczne jest krzywdzenie innych i robienie im czegoś wbrew ich woli. Nawet jednak, jeśli homoseksualiści krzywdzą się w jakiś sposób nawzajem – na przykład zarażając wirusem HIV – to natura ich zła polega na nieostrożności i nieuczciwości, nie na samym homoseksualizmie. Pamiętam, że wspomnienie o „małżeństwach gejów” wzbudzało we mnie wściekłość – obecnie spoglądam na ten problem z zupełnie innej perspektywy i uważam, że nie ma najmniejszej potrzeby, aby państwo regulowało jakiekolwiek, dobrowolne związki między ludźmi – małżeństwa, czy to kobiet z mężczyznami czy jednopłciowe powinny być umowami cywilno-prawnymi nie podlegającymi kontroli państwa ani nie nadającymi żadnych przywilejów. Jeśli chodzi o kościoły, nigdy nie obchodziła mnie religijna krytyka homoseksualizmu – dogmatyzm religijny zawsze mnie śmieszył i budził we mnie niechęć. Uważam, że kościoły powinny mieć wolna rękę w interpretowaniu zjawisk społecznych i nikt nie powinien ingerować w to, czy jakiś kościół udziela, czy nie udziela małżeństw parom jednopłciowym. Analogicznie, organizacje religijne powinny trzymać się z daleka od decyzji i sposobu życia wybranego przez ateistów. Niech więc każdy pozwoli innym żyć po swojemu a sam wymaga od innych tego samego. Brak poszanowania dla takiej zasady w przeszłości wzbudza we mnie wstyd i zażenowanie, ale przynajmniej wyzwoliłem się z bezpodstawnego konserwatyzmu obyczajowego. Nie muszę czegoś pochwalać ani być entuzjastą, ale nie mam też prawa nikomu tego zabraniać, dopóki nikogo nie krzywdzi. Problemem może pozostawać adopcja – ryzykowne wydaje mi się przyznanie bezwarunkowej zgody homoseksualnym parom na wychowywanie dzieci, zwłaszcza małych, które potrzebują pełnego modelu rodziny dla prawidłowego rozwoju – jednak sądzę, że w pewnych sytuacjach być może homoseksualna rodzina byłaby lepszym wyjściem, niż niektóre „normalne”. Dawniej jednak podobna myśl budziłaby we mnie zgrozę. Dziś stwierdzam, że brak mi psychologicznych kompetencji odnośnie rozwoju dzieci, aby wydawać jakiś werdykt. Bezpiecznie jest stwierdzić, że ceteris paribus, preferuję nadal rodzinę „normalną” od homoseksualnej dla dziecka.

Militaryzm

„Żołnierze są tępymi, głupimi zwierzętami używanymi w polityce zagranicznej.” – Henry Kissinger

W dzieciństwie wierzyłem w wielkie, wspaniałe, bohaterskie Stany Zjednoczone, które ratowały Europę przed złem, despotyzmem i niewolą. Wierzyłem w interwencjonizm i szerzenie demokracji – oczywiście przy użyciu amerykańskiego Korpusu Piechoty Morskiej i lotniskowców. Przez całą młodość podziwiałem amerykańska armię, jej technikę, potęgę, mobilność, siłę ognia, przytłaczająca przewagę nad każdymi innymi siłami zbrojnymi na naszej planecie. Wierzyłem też swego czasu, że wrogowie USA to wrogowie świata zachodniego, a więc również moi. Do nie dawna wierzyłem, że Stany Zjednoczone słusznie przyjmowały na siebie rolę demokratycznego szeryfa świata i rozprawiając się z „terrorystami i dyktatorami”, robią kawał dobrej roboty. Krytyka wojny i żołnierskiego fachu w wykonaniu lewicowych mediów wydawała mi się obrzydliwa i niemoralna. Co prawda nie byłem aż tak głupi, aby wierzyć, że „Amerykańscy chłopcy pojechali tam szerzyć wolność i dobrobyt”, ale byłem skłonny sądzić, że wprowadza ustrój lepszy od dyktatur. Jednak polityka to osobny temat. Wracając do podziwu dla militaryzmu – broń, technika wojskowa i historia wojskowości jest w istocie fascynująca. Nie można odebrać geniuszu projektantom karabinu Mauser Kar 98, czy lotniskowca o napędzie nuklearnym. Każdy przetestowany i dopuszczony do służby egzemplarz pistoletu, haubicy, czołu czy samolotu bojowego był w swoim czasie arcydziełem techniki wojskowej, cudem geniuszu – zaprojektowany idealnie do oczekiwanych zadań, pozbawiony wszystkiego co zbędne. Armia USA wraz z lotnictwem i marynarką to niewątpliwie najlepiej przygotowana do wojny armia świata, jak również najlepiej wyposażona. Jednak podziw dla tej potęgi musi spotkać się w pewnym momencie ze zgrozą – zgrozą wobec olbrzymiego marnotrawstwa kapitału. Dziesiątki tysięcy czołgów, samolotów, okrętów, setki tysięcy sztuk broni osobistej – wszystko to wyprodukowane, przetransportowane i wykorzystane tylko po to, aby niszczyć i zabijać. Nie w interesie „demokracji” czy „wolności”, lecz w interesie koncernów zbrojeniowych, wielkich korporacji i polityków z Waszyngtonu. Gdy znikają złudzenia co do charakteru państwa jako takiego, zniknąć muszą tez te dotyczące wojskowości. Wojna budziła moja fascynację, typowo męską fascynację wynikającą zapewne z pierwotnych instynktów, które obecnie skanalizować można co najwyżej w grach komputerowych w rodzaju Call of Duty. Gdy jednak mit „żołnierzy stojących na straży naszej wolności” upadnie, nie ma dalszego usprawiedliwienia dla gloryfikacji zawodu żołnierza, jego rzemiosła i zadań. Ci biedni ludzie są po prostu ofiarami systemu, gdyż służą mu. Wielu robi to bezmyślnie, inni wierzą w propagandowe bzdury wtłaczane im przez oficerów i polityków, inni robią to dla korzyści osobistych. Gdy już są w teatrze działań wojennych, wszystko to staje się nieistotne, gdyż jedyne, o czym będą myśleć pod ogniem, to jak przetrwać, jak przeżyć i nie dać się zabić – najczęściej zabijając wroga, nim on zabije ich samych. W tym ujęciu, żołnierze faktycznie zachowują się, jak zwierzęta – wiedzeni instynktem przetrwania zabijają i giną. Ale bynajmniej to nie żołnierze są winni temu bestialstwu – winni są bezduszni, chciwi politycy i ich cyniczni doradcy gardzący ludzkim życiem i wolnością, tacy, jak autor cytatu rozpoczynającego niniejszy fragment.

Podsumowanie

Młodzi ludzie są głupi, poglądy z czasem łagodnieją, krystalizują się, wrogość, nienawiść, niechęć, strach i wiara w siłę zanikają, ustępują miejsca bardziej pokojowym poglądom, wierze we współpracę, dobrowolność, wolność i odpowiedzialność. Tak było przynajmniej w moim przypadku – od agresywnego, patriotycznego militarysty do pacyfistycznego libertarianina. Jestem dumny z tej przemiany, szczęśliwy, że wraz z wiekiem nabyłem zrozumienie dla istoty wolności i szczęścia, uwalniając się z iluzji i kłamstw ideologii.

———————————————————-

[1] – Jak wyraził się Mateusz Machaj podczas wielce ciekawej dyskusji na temat państwa opiekuńczego: „(…) bo ja w głębi duszy jestem socjalistą, to znaczy… uważam, że należy wprowadzić sprawiedliwy podział własności (…)” – oczywiście zdanie to wyrwane z kontekstu mogłoby wprowadzić czytelnika w błąd. Mateusz machaj miał na myśli, że pierwotna własność państwowa powinna była zostać po roku 1989 równo rozdysponowana pomiędzy obywateli, gdyż (w domyśle) została uprzednio przez państwo tym obywatelom zagrabiona – wszystko, co posiada państwo, zostało ukradzione, parafrazując Friedricha Nietzsche.

[2] – Henry Louis Mencken, Minority Report, 1956, str. 170.

[3] – O wypaczeniach państwa opiekuńczego i jego rozwiązań dotyczących rodziny nakręcono bardzo ciekawy dokument „Postęp po Szwedzku” nakręcony co prawda przez katolickie stowarzyszenie Fronda, ale warty obejrzenia. Ciekawa jest wypowiedź Henrika Bejke, redaktora „Nyliberalen”: „To co jest bardzo charakterystyczne dla Szweckich socjaldemokratów, to ich chęć posiadania pełnej kontroli nad społeczeństwem. Wszystkie pozarządowe instytucje, które w jakikolwiek sposób mogą zagrozić pełnej władzy rządu, a zwłaszcza partii socjaldemokratycznej, są postrzegane, jako zagrożenie. A rodzina jest oczywiście jednym z największych zagrożeń dla rządu, dlatego też socjaldemokraci chcą rozbić rodzinę, aby uczynić ją nieszkodliwą.”

8 odpowiedzi na „Błędy intelektualne mojej młodości

  1. Cybulex pisze:

    Jestem młodym człowiekiem i taka lektura jest bezcenna, bo pozwala mi uczyć się na cudzych błędach intelektualnych. Dziękuje. 🙂

  2. Wójt Marek pisze:

    cały artykuł oparty jest na wdrukach kreujących młodego, tzw samodzielnego człowieka. Widze tutaj tzw argumentu, które padały na Latających Uniwersytetach prowadzonych w drugiej połowie lat 70-tych przez Kuronia i innych jemu podobnych żydków. jednocześnie trochę kurwinmikkoizmu, trochę też jest z Króla Maciusia (jest taka mądra książka), że jak ja komuś nie zrobię krzywdy, to inni mi też nic nie zrobią. Wychodzi z tego taki hippisowski miszmasz.
    W tym układzie taki twór jak „państwo” totalnie nie jest potrzebne. Żadne konstytucje i inne prawne i moralne więzy.
    Ale pogląd, że żyję i daję żyć innym… jest nierealny. Powiedz to wszelakiemu robactwu w amazońskiej, czy birmańskiej dżungli. Idż tam w koszulce i w klapkach. Głoś, że wszelkie robactwo zostawiasz w spokoju i w zamian też nie chcesz być wyssany z krwi…

  3. Premnathan pisze:

    Cóż Autorze, jeśli przez tyle lat miałeś poglądy, które teraz napełniają Cię przerażeniem, to nie licz na to, że teraz nagle wszystko zrozumiałeś i masz poglądy już całkiem prawidłowe. Możesz być pewien, że za jakiś czas też będziesz ubolewał nad niektórymi ze swoich obecnych poglądów.

  4. To nieprawda, że nie można być jednocześnie patriotą i anarchokapitalistą. W rzeczywistości często miłość do Ojczyzny polega na walce z państwem zarządzającym jej terytorium. Poza tym, gdyby w Polsce wprowadzić AKAP, w razie najazdu obcego mocarstwa nie bronilibyśmy żadnego rządu, bo by go nie było. Każdą ideę można wykorzystać dla własnych interesów, jeśli wmówi się ludziom, że służenie jej polega na podjęciu działań, które wcale jej nie służą – ale to wcale nie świadczy źle o tej idei, tylko o moralności oszustów i ewentualnie inteligencji ich poddanych. A jeśli chodzi o wojny, zlikwidowanie podziału na narody (o ile w ogóle byłoby możliwe) wcale nie wprowadziłoby żadnych zmian – ludzie wciąż łączyliby się w grupy dbające o własne interesy, a walczące ze sobą nawzajem. Jedynym rozwiązaniem jest dążenie do życia w zgodzie z innymi, o ile to możliwe. Patriotyzm nie polega na używaniu przemocy wobec cudzoziemców w celu zwiększenia potęgi narodu, gdyż takie działania przynoszą mu hańbę.

  5. „Otóż geny męskiego homoseksualizmu powodują, że mężczyźni maja mniejszą szanse na ich dalsze przekazanie z wiadomych względów) jednak obecne u kobiet wywołują odwrotny skutek – zwiększają zainteresowanie nosicielek mężczyznami, wzrasta liczba ich partnerów a więc szansa na przekazanie genów dalej.” – mylisz dwie rzeczy: homoseksualizm i geny, które go wywołują. Fakt, że w pewnych wypadkach jakieś geny są korzystne, nie oznacza, że w innych nie są przyczyną choroby. To tak, jakby mówić, że wypadki samochodowe nie są niczym złym, bo transport jest niezbędny dla rozwoju cywilizacji.
    Nie twierdzę, że homoseksualizm nie jest naturalny, bo u zwierząt też występuje, ale z pewnością jest sztucznie propagowany przez lewicowe środowiska (pociąg do osób tej samej płci nie jest cechą wrodzoną, tylko nabytą, a geny mogą co najwyżej wpływać na predyspozycje do tego zaburzenia).
    „Co z tego, że czyjeś zachowania seksualne nie prowadzą do prokreacji? Miliony ludzi korzysta z antykoncepcji, ich zachowania seksualne też nie prowadzą do prokreacji, należałoby ich potępić tak samo, jak homoseksualistów.” – ani używanie antykoncepcji, ani też brak współżycia, same w sobie nie są chorobami – nie chodzi o to, czy dany człowiek się rozmnaża, tylko o to, czy jest do tego zdolny. Homoseksualista nie może się rozmnażać naturalnymi metodami, bo nie może odbyć stosunku z osobą płci przeciwnej. A jeśli chodzi o potępianie, nie należy potępiać człowieka, tylko jego niemoralne czyny, i taka jest oficjalna nauka Kościoła.

    • rafaltrabski pisze:

      Co do genów, przyznac należy, że moga one ulegac odmiennej ekspresji w różnych środowiskach – jest zatem możliwe, że w środowisku społecznym sprzyjającym postawom homoseksualnym, takie geny ulegają ekspresji, a w innym nie ulegają. To należałoby po prostu zbadać. Jeśli jednak jest tak, że ktoś ma genetyczne skłonności do homoseksualizmu i kultura jedynie pozwala mu te skłonności odkryć i zrealizować i jest dzięki temu szczęsliwszy – bo przeżywa swoje życie w zgodzie ze swoimi skłonnościami a nie wbrew nim, to co w tym złego?

      „Homoseksualista nie może się rozmnażać naturalnymi metodami, bo nie może odbyć stosunku z osobą płci przeciwnej.”

      Ależ oczywiście, że może odbyć – jest do tego zdolny – a to, że nie chce takich stosunków odbywac, to inna sprawa.

      • „Ależ oczywiście, że może odbyć – jest do tego zdolny – a to, że nie chce takich stosunków odbywac, to inna sprawa.” – równie dobrze można by napisać, że anoreksja nie jest chorobą, bo anorektycy mogą się normalnie odżywiać, tylko nie chcą.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s