Poradnik libertarianina – czyli jak rozmawiać o wolności, aby była dla innych atrakcyjna?

Wersja audio do odsłuchania: https://www.mixcloud.com/rafa%C5%82-tr%C4%85bski/archiwum-5-poradnik-libertarianina-23102015/
Wersja mp3 do pobrania: https://drive.google.com/file/d/0B_13ahm6PzNeV2FONGpQb2k4am8/view?usp=sharing

—-

Niemal każdy z nas, libertarian, czy mówiąc szerzej: wolnościowców, spotkał się już z podstawowym problemem, czyli z pytaniem o to, jak należy rozpowszechniać ideę, którą kocha, jak szerzyć wśród ludzi wiarę w wolność i zaufanie do niej? Jak robić to, aby uniknąć losu znanego, polskiego polityka, który zabrnął w swojej retoryce do krainy absurdu i bardziej ośmiesza poglądy wolnościowe, niż je propaguje. Jak nie wyjść na bezdusznego, pozbawionego wrażliwości darwinistę społecznego, o co szczególnie często oskarża się libertarian? Wreszcie: jak uniknąć posądzenia o naiwny idealizm i brak jasnej, konkretnej wizji budowy wolnościowego społeczeństwa a tym samym nie zostać zepchniętym do roli marzyciela i utopisty? W trakcie swojej, niezbyt długiej kariery propagatora libertariańskiej idei spotkałem się z tymi wszystkimi i wieloma innymi zarzutami i atakami na moją osobę oraz filozofię libertariańską, dlatego wykorzystam swoje doświadczenia, aby spróbować sformułować coś na kształt poradnika, garści użytecznych wskazówek, które mogą przydać się innym w unikaniu błędów, których mnie być może nie raz nie udało się uniknąć.

  1. Nie narzekaj, przedstawiaj alternatywy

Bardzo wielu libertarian, w tym i ja, rozpoczyna swoją przygodę od postawy kontestującej zastaną rzeczywistość i to skłania ich do poszukiwania rozwiązań innych, niż te znane z głównego nurtu polityki. Trafiając na libertarianizm, pomimo zachłyśnięcia się pozytywnym wydźwiękiem zastanych choćby u Rothbarda wizji społeczeństwa pozbawionego ucisku państwa, nadal tkwią w utartym schemacie skupionym na negatywnych wydarzeniach i procesach obserwowanych w świecie ich otaczającym. Oczywiście dla wolnościowca zastana sytuacja polityczno-ekonomiczna jest zupełnie nieznośna i w pełni zrozumiałe jest to, że chciałby ją krytykować. Jednakże malkontenctwo i ciągle narzekanie na „wysokie podatki” czy „biurokrację” – jakkolwiek nie byłyby uzasadnione – nie wzbudzają sympatii i męczą słuchaczy. O tym, że podatki są za wysokie a biurokracja jest przerośnięta i bezczelnie na nas pasożytuje wiedzą w istocie wszyscy Polacy. Nie ma już na dziś dzień potrzeby edukowania społeczeństwa w tym zakresie. Jeśli uważnie przysłuchacie się rozmowie toczonej przez dowolnych rodaków, albo zwrócicie uwagę na to, co mówią do Was, usłyszycie, że oni doskonale w większości przypadków orientują się już, że państwo pasożytuje na nich. Są już zmęczeni i rozgoryczeni wyzyskiem podatkowym, samowola urzędniczą, rozpasaniem i bezczelna pogardą polityków wobec społeczeństwa. Nie trzeba więc im tego od nowa mówić, narzekać i przyłączać się do grona smutnych i zgorzkniałych malkontentów. Ludzie operują prostymi skojarzeniami emocjonalnymi. Gdy zobaczą libertarianina o wykrzywionej grymasem złości szafującego ponurymi oskarżeniami pod adresem polityków, to nawet, jeśli zgodzą się z jego argumentami (bo sami dostrzegają w gruncie rzeczy to, co krytykujemy my: libertarianie), to sam libertarianizm będzie dla nich niczym więcej, jak kolejnym tylko wyrazem rozczarowania i złości, a nie alternatywą i rozwiązaniem. Dlatego apeluję: zostawcie narzekanie innym, zostawcie afery i nadużycia reszcie kontestatorów, a sami skupcie się na libertarianizmie, na mówieniu o idei, która jest alternatywą dla zastanego stanu rzeczy. Zmęczeni polityką głównego nurtu ludzie sami zainteresują się czymś pozytywnym, gdy zobaczą, że prezentujecie je nie przez pryzmat ponurej niezgody, ale w kontekście szansy i nadziei. Jasne, nie oznacza to, że mamy udawać, że nic złego się nie dzieje, ale chodzi o proporcję. Zamiast przez godzinę wylewać jad na złych polityków i urzędników, aby zakończyć wywód zdaniem „dlatego polecam poczytać Rothbarda”, przybliżcie filozofie wolności, a zakończcie słowami „tak możemy uwolnić się od tych na górze!”.

  1. Libertarianizm to nie cudowne zaklęcie na wszystkie bolączki świata

Bardzo często podczas dyskusji z nie-libertarianami, rozmowa schodzi na zupełnie niewłaściwe tory. Rozpoczyna się spór o ludzką naturę, o skłonności ludzi do złą lub dobra, o ich motywacje psychologiczne czy nawet podświadome, a w efekcie, wielu libertarian wpada w pułapkę beznadziejnych prób uzasadnienia, jak rzekomo stosunki wolnościowe w libertariańskim społeczeństwie mogą doprowadzić do wyeliminowania bądź ograniczenia różnych problemów, które wynikają z natury ludzkiej. Problem w tym, że jest to zadanie niemożliwe i nie tylko libertarianizm, ale i żadna inna filozofia polityczna, poza chyba tylko utopijnym komunizmem, nie zakłada możliwości modyfikowania ludzkiej natury. Najlepszym przykładem w są tu dyskusje o „złych ludziach” i o tym, co libertarianie zrobią, aby unikać oszustw, nadużywania wolności przez psychopatów i tym podobne problemy, które w istocie dotyczą przecież KAŻDEGO systemu politycznego, jaki możemy sobie tylko wyobrazić. Za każdym razem, gdy damy się wciągnąć w taką dyskusję, skazujemy się, jeśli nie na klęskę, to w najlepszym razie na kiepski remis oraz uczucie niesmaku po jej zakończeniu, zarówno po stronie „adwersarza” i naszej. Nawet, jeśli jakoś wybrniemy z odpowiedzi na najprostsze zarzuty tego typu (co libertarianie uczynią, aby walczyć z oszustami?) to przeciwna strona zawsze może wymyślić jakieś o wiele bardziej pokrętne przykłady i zadawać pytania w nieskończoność, gdyż konfiguracji ludzkiej niegodziwości jest wręcz nieskończona liczba. Ostatecznie, nawet, jeśli libertarianin wybrnąłby jakimś cudem ze wszystkich tych pułapek i wykazał, że w wolnym społeczeństwie każdy zły człowiek może zostać ukarany/złapany/wykluczony, a społeczeństwo to obroni się ostatecznie przed nim i skutkami jego działań, to przeciwna strona i tak może okazać się niezadowolona. Ludzie zadający takie pytania często przejawiają bowiem idealistyczny stosunek do rzeczywistości, który fałszywie maskują bardzo konkretnymi i zdawałoby się, pragmatycznymi pytaniami, a w istocie nie podoba im się sam fakt, że jakiś system społeczny nie jest zdolny wyeliminować całego istniejącego zła na świecie i rozwiązać wszystkich problemów – od złych rodziców bijących dzieci pokątnie w domu, aż po powodzie i krachy gospodarcze. Jeśli dostrzeżecie u rozmówcy taka manierę, nie próbujcie zaspokajać jego głodu wyjaśnień i karmić go kolejnymi wymyślnymi konstrukcjami teoretycznymi, bo one najpewniej nigdy go nie zadowolą. Zawsze znajdzie dziurę w całym. To naturalne. Prawda jest taka, że, jak wspomniałem na początku, ŻADEN system organizacji społecznej, czy to będzie skrajny totalitaryzm, czy demokratyczne państwo prawa, czy anarchokapitalizm, NIGDY nie rozwiąże wszystkich problemów społecznych, gospodarczych czy innych. Formy organizacji stosunków społeczno-gospodarczych mogą co najwyżej sprzyjać bądź nie rożnego typu patologiom lub być w jakimś stopniu podatne na wypaczenia. Żaden nie jest jednak idealny. Warto zatem wskazać na pozytywne cechy libertarianizmu w tym kontekście: wąski zakres możliwych wypaczeń, ograniczona skalę ich zasięgu i dotkliwości ze względu na niewielka koncentrację siły w takim społeczeństwie, oraz – wyjątkowo – wolno skupić się na tym, że inne rozwiązania, jak demokracja czy totalitaryzm, znacznie gorzej radzą sobie z większością problemów, jakie może wskazać Wasz oponent. Zawsze jednak musicie uczciwie przyznać, że nie wszystkie problemy da się rozwiązać tylko za pomocą zniesienia państwowego przymusu i opodatkowania, aby było jasne, że pozostajecie realistami stąpającymi twardo po ziemi. Wiara, że jakaś filozofia jest lekiem na wszelkie zło to naiwność, a nie chcemy, aby libertarianie byli postrzegani jako naiwni myśliciele oderwani od rzeczywistości.

  1. Libertarianizm to nie austriacka szkoła ekonomii i na odwrót, ASE to nie libertarianizm

Być może dla większości z Was jest to oczywiste, wszak mowa tutaj, z jednej strony o filozofii politycznej, a z drugiej o szkole ekonomicznej, ale wielu libertarian poznając zapewne równolegle zarówno dzieła filozofii libertariańskiej, jak i traktaty ekonomistów austriackich, często w swoich dyskusjach miesza argumenty z oby tych dziedzin. Oczywiście jest to w pewnej mierze zrozumiałe i do pewnego stopnia uzasadnione, gdyż pewne elementy metodologii Austriaków, jak indywidualizm, czy aprioryczność są zbieżne z sposobem myślenia libertarian, a i sami ekonomiści austriaccy bardzo często krytykują rządowe interwencje i opowiadają się ogólnie za możliwie jak najbardziej wolnym rynkiem, to jednak należy być ostrożnym w powoływaniu się na ASE. Pamiętajcie, że na gruncie teorii ekonomicznej można udowadniać bowiem nie tylko miłe nam postulaty wolnościowe, korzyści z deregulacji jak i uwalniania rynków, ale także postulaty przeciwne. Ekonomia bowiem z samej swojej natury nie zajmuje się wartościowaniem opisywanych zjawisk, ani działań podejmowanych przez działające jednostki i grupy, a jedynie ocenia efektywność ich działań w kontekście zakładanych przez nie celów. Tak więc nawet ekonomista austriacki może, ku zgrozie libertarianina, uznać, że pewne elementy centralnego planowania są skuteczne, z perspektywy centralnego planisty. Są to rzadkie przypadki, a Austriacy raczej przyjmują wolnorynkową optykę postrzegania problemów ekonomicznych, ale nie zdziwicie się, gdy w odpowiedzi na Wasze argumenty na gruncie ekonomicznym oponent wykaże Wam, że Wasze stanowisko jest nieobiektywne i niezgodne z samymi założeniami szkoły ekonomicznej, na którą się powołujecie. Jeśli więc odwołujecie się w ogóle do ekonomii, musicie zawsze jasno określić, że uznajecie za cel działania zwiększanie wolności jednostki i inne wolnościowe skutki, aby nie doszło do nieporozumień. Warto też pamiętać, że niektórzy Austriacy, jak choćby F.A. Hayek, prezentowali stanowisko umiarkowane w stosunku do instytucji państwa i wcale nie postulowali jego wycofania się ze wszystkich dziedzin życia społecznego i gospodarczego. Każdy libertarianin powinien zapoznać się z jego dziełami, aby nie paść ofiarą oczytanego adwersarza. Pamiętajcie też, kiedy przekraczacie granicę w argumentowaniu na gruncie etyki (libertarianizm) a argumentowaniu na gruncie ekonomii. Często słyszę, jak libertarianie płynnie i bez zwracania uwagi na kontekst dyskusji lawirują między jedną, a drugą metodą. Można to robić, ale nigdy po to, aby uniknąć odpowiedzi na pytanie rozmówcy. Zwykle bowiem jest tak, że adwersarz zadaje pytanie na gruncie jednej z tych dziedzin, a libertarianin wykręca się od odpowiedzi wprost lub przyznania się do bezsilności poprzez udzielenie odpowiedzi na drugiej płaszczyźnie. Uwierzcie mi, że Wasi rozmówcy jak i przysłuchujący się dyskusji, zauważą, gdy w ten sposób uciekniecie od odpowiedzi. Lepiej jest zatem przyznać się do chwilowej, bądź ogólnej nieznajomości odpowiedzi na dane konkretne pytanie, a ewentualnie dodać, że na gruncie tej drugiej nauki znacie dobry argument. Nie zawsze to zadowoli oponenta, ale jest uczciwsze, niż ucieczka.

  1. Nie musisz znać konkretnych i szczegółowych rozwiązań dla każdego problemu

Filozofia polityczna nie jest zbiorem szczegółowych przepisów życia społecznego w danej grupie ludzi. Nie jest kodeksem prawnym, regulaminem użytkownika czy nawet konstytucją, która miałaby dawać dokładne odpowiedzi na każdy dylemat życia codziennego. Naszych oponentów kusi bardzo, aby zadawać coraz to bardziej szczegółowe i zwykle coraz to bardziej pokręcone pytania o konkretne rozwiązania nieraz mało ważnych „problemów praktycznych”. Jak w libertariańskim społeczeństwie będzie działać pomoc ubogim? Jak straż pożarna? Jak będzie wyglądało budowanie wałów powodziowych? To akurat są przykłady istotniejszych i sensowniejszych pytań, aczkolwiek nadal nie wymagają one posiadania przez libertarianina gotowej recepty. Wbrew pozorom, wiele odpowiedzi już istnieje, albo w przykładach historycznych, albo w literaturze teoretyków libertarianizmu. Ja osobiście zapytany o słynne drogi w społeczeństwie własności prywatnej, (kto w akapie zbuduje drogi?) udzielam możliwie krótkiej i oszczędnej odpowiedzi na bardzo ogólnym poziomie, a po konkrety odsyłam do lektury wspaniałej książki Waltera Blocka „The Privatization of Roads and Highways”, gdzie znajduje się aż nadto propozycji i koncepcji dotyczących możliwych, praktycznych rozwiązań kwestii transportu drogowego bez udziału państwa. Oczywiście z „polecaniem poczytać” należy być ostrożnym, nie nadużywać tego zabiegu. Jakkolwiek zachęcanie innych ludzi do czytania to skądinąd bardzo pożyteczne i szlachetne działanie, może zniechęcić rozmówcę do kontynuowania rozmowy. Wielu ludzi czuje się zignorowanymi bądź uważają, że to paternalistyczne traktowanie, gdy ktoś zaleca im lekturę, tak, jakby uważał, że są nieoczytanymi nieukami. Ponadto ludzie są zwyczajnie leniwi, nie każdy ma też czas na przeczytanie 23 lektur, jakie libertarianin najchętniej poleciłby mu w trakcie godzinnej dyskusji. Wreszcie, nie na tym polega dyskusja, aby tylko nawzajem polecać sobie pozycje książkowe, a nasz rozmówca najpewniej nie zapytał: „gdzie mógłbym poczytać o…” tylko zwrócił się do Nas właśnie o odpowiedź. Lepiej więc udzielić tej odpowiedzi, jakiejkolwiek, nawet dość ogólnej, podanej w punktach, bez zagłębiania się w szczegóły, a w razie, gdyby rozmówca chciał je poznać, dopiero odesłać do książki im poświęconej. Wolno Wam też przecież wszystkiego nie pamiętać, często wiemy, że przeczytaliśmy interesujące odpowiedzi na jakieś kwestie w jednej z książek, ale nie pamiętamy dokładnie tych odpowiedzi. Nasi oponenci też nie pamiętają często konkretnych paragrafów ustawy, a więc i my nie musimy przywoływać wszystkiego w danym momencie wraz z podaniem numeru strony i roku wydania danej pozycji. Warto czasem polecić komuś przeczytanie samego pojedynczego rozdziału, jest to wytrych wobec tych osób, które zarzekają się, że „nie będę czytać całej książki o..”. Faktycznie, nie każdy ma tyle czasu, co my, uszanujmy to. Co jest jednak najważniejsze w tym punkcie, to uświadomienie sobie, że libertarianin nie jest dzisiaj decydentem ani twórcą werdyktów i praktycznych rozporządzeń dotyczących funkcjonowania przyszłych, potencjalnych społeczności wolnościowych. Nie musisz wiedzieć, czy w libertariańskiej gminie będzie dużo małych firm pocztowych, czy jedna duża, ani jakie zapisy będą w regulaminie usług prywatnej straży pożarnej. Prawdopodobnie też bardzo wiele dzisiejszych, konkretnych rozwiązań prawnych nadal będzie obowiązywało, tyle, że zmieni się egzekutor tych rozwiązań, nic więcej. Nie chodzi tu tylko o prawo, ale też o różne zasady współżycia społecznego i ustandaryzowane normy. Nie ma sensu dyskutowanie o systemie miar i wag w anarchokapitalistycznej krainie – dlaczego bowiem społeczeństwo miałoby porzucić powszechnie znane i przyjęte oraz użyteczne rozwiązania tylko dlatego, że porzuciło hegemonię terytorialnego monopolu na przemoc? Pamiętajmy, że o ile usunięcie państwa to w dużej mierze zmiana „rewolucyjne”, o tyle ta rewolucja nie musi i nie będzie dotyczyła wszystkich dziedzin życia, a na pewno nie zwolni ludzi ze zdrowego rozsądku i nie zaprowadzi chaosu i nie sprawi, że pozapominają, jak się żyje i funkcjonuje w społeczeństwie. Co najważniejsze jednak, nie jesteśmy zobowiązani do kreowania teraz gotowych recept dla ludzi mających żyć w hipotetycznej, potencjalnej wolnościowej krainie – oni sami zresztą znajdą znacznie lepsze i skuteczniejsze, oraz dopasowane do ich potrzeb odpowiedzi, niż znaleźlibyśmy my. Taka odpowiedź powinna o wiele bardziej usatysfakcjonować Waszych rozmówców, niż budowanie na siłę pokrętnych rozwiązań lub odsyłanie tylko do książek.

  1. Odróżniaj od siebie „-izmy” i stosuj je konsekwentnie i prawidłowo

Nic tak bardzo nie denerwuje naszych oponentów, jak fanatyczne i błędne poniekąd, sugerowanie na każdym kroku w każdej rozmowie i w każdym kontekście, że gdzieś widzimy skutki „komunizmu” czy „socjalizmu”. Najczęściej jest to co prawda problem dotyczący głównie młodych i niedokształconych wyznawców Korwina, a libertarianie rzadziej popełniają ten błąd, ale nie znaczy to, że nie mamy się na to wyczulić. W 95% przypadków, gdy ktoś używa w dyskusji pejoratywnego słowa „socjalizm”, tak naprawdę to, co akurat krytykuje to tak naprawdę etatyzm lub interwencjonizm. Wiele, jeśli nie wszystko. zależy oczywiście od tego, jak rozmówcy definiują używane w dyskusji pojęcia, jednak właśnie na tej płaszczyźnie rodzą się najczęściej nieporozumienia, które uniemożliwiają prowadzenie rzeczowej i kulturalnej dyskusji aż do końca. Są tu dwa rozwiązania: albo uzgodnić z rozmówcą wspólne na potrzeby dyskusji definicje, albo też dokształcić się i konsekwentnie unikać nadużywania słów „socjalizm” i „komunizm”. Dla większości naszych oponentów, socjalizm i komunizm to ich wersje książkowe, to nigdy nie zrealizowane ideologie, których wszystkie próby implementacji w życiu społecznym okazały się „wypaczeniami”. Możemy się nie zgadzać, lub nie do końca zgadzać z tym podejściem, jednak o ile dyskusja nie dotyczy bezpośrednio tego zagadnienia, warto stosować pewien dyplomatyczny i bardzo pożyteczny zabieg: mówmy po prostu etatyzm lub interwencjonizm. Z tym zgodzi się każdy nasz rozmówca. Niezależnie, czy mowa o świadczeniach socjalnych, podatkach, cłach, regulacjach czy ograniczaniu wolności słowa, w grę wchodzi interwencjonizm państwowy. Przydatnym słowem-wytrychem może być statolatria, będąca skrajna postacią zaufania i oddania swoich spraw przez obywateli państwu i jego funkcjonariuszom. Bardzo ważne jednak jest, aby nie nazywać wzrostu opodatkowania „socjalizmem” albo zakazu handlu w niedziele „komunizmem”, bo tego typu nadużywanie „-izmów” niezgodnie z ich definicjami, jakiekolwiek by one nie były, może nas tylko skazać na ośmieszenie i wykluczenie z poważnej dyskusji.

  1. Odróżniaj kapitalizm od wolnego rynku

Choć mogłem zawrzeć ten podpunkt w obrębie poprzedniego, wszak nadal mówimy o „-izmach”, to kapitalizm zasługuje na szczególne wyróżnienie. Większość libertarian jest zwolennikami wolnorynkowego kapitalizmu, jednak w dyskusjach często pomijają pierwszy człon i mówią po prostu „kapitalizm”. Gdyby dyskusje toczyły się tylko w naszym wewnętrznym gronie, zapewne nie byłoby to wcale problemem. Wszyscy w domyśle wiemy, że chodzi nam o leseferystyczny kapitalizm pozbawiony państwowych regulacji i barier. Jednak nasi rozmówcy słysząc słowo „kapitalizm” nie maja już tak jednoznacznego skojarzenia, najpewniej nie czytali dzieł Misesa, Ayn Rand, czy Bastiata. Dla większości ludzi kapitalizm to system, który obserwują wokół siebie. W szkole mówi się dzieciom, że żyją w gospodarkach kapitalistycznych, a jakoś dookreślenie, że są to gospodarki silnie regulowane przez państwo z systemem koncesyjno-licencyjnym, albo w ogóle się nie pojawia, albo umyka w toku edukacji. Tak więc gdy przeciętny Kowalski słyszy „kapitalizm”, myśli o wielkich firmach funkcjonujących dzięki państwowym przywilejom, dotacjom oraz kolesiowskim układom z politykami i – jeśli ktoś lubuje się w węszeniu „układów” – służbami specjalnymi. Tak, moi mili, przeciętny Kowalski „etatyzm i interwencjonizm” nazywa „kapitalizmem”. Pogódźmy się z tym i wyczulmy się na tę pułapkę, jeśli nie chcemy być źle rozumiani przez naszych słuchaczy. Taki obraz rażąco kłóci się z tym, co libertarianin ma na myśli i co chce przekazać. Dlatego absolutnym minimum jest dookreślenie, że nie chodzi o zastany system, lecz o wolnorynkowy kapitalizm obdarty z państwowych regulacji. Oczywiście, jeśli zamierzacie odnieść się do stanu obecnego, najlepiej nie używać terminu „kapitalizm”, aby nie wzmacniać mętliku pojęciowego, jaki już został wprowadzony w społeczeństwie, lecz nazywać rzeczy po imieniu: „kapitalizm państwowy”, „interwencjonizm” będą doskonałymi zamiennikami.

  1. Bądź miły, otwarty i kulturalny

Nie walcz też do ostatniej kropli krwi o byle bzdurę! Naprawdę nie warto zrazić do siebie innego człowieka walcząc z nim o pojedynczą definicję, albo spierając się o skutki pojedynczej regulacji aż do chwili, gdy któraś ze stron nie wścieknie się i nie zacznie rzucać inwektywami. Niekiedy warto odpuścić, uznać, że w tej chwili nie znajdziesz z oponentem porozumienia, ani nie jesteś gotowy aby ogłosić swoje „zwycięstwo” w argumentacji ale także nie uznasz jego zwycięstwa. Niektóre tematy nie dają w ogóle szansy na „pokonanie” którejkolwiek strony przez drugą. Są to choćby dyskusje o same fundamenty – moralne podstawy na bazie których wyprowadzamy swoje filozofie. Ile stoczyliście dyskusji o moralność kradzieży, próbując przekonać adwersarza, że podatek to kradzież? Zapewne mnóstwo. Ile z nich zakończyło się przyznaniem przez etatystę, że się mylił i uznaniem, że podatki są niemoralne? Zapewne niewiele. Bardzo trudno jest zmienić pewne fundamentalne przekonania innych ludzi, a w zwykłej dyskusji jest to chyba niemal niemożliwe. Zmiana poglądów wymaga czasu, oraz otwartości ze strony rozmówcy. Nie nastawiaj się zatem na to, że z gorliwego zwolennika rządu uczynicie swoimi argumentami dobrego anarchistę! Nie traktujcie też tego jako porażki i osobistej klęski. To nie Wy nie daliście sobie rady, tylko podjęliście się nierealnego zadania. Stawiajcie sobie cele bardziej realne i nie traktujcie dyskusji jako batalii na śmierć i życie. Wymiana poglądów nie zawsze musi prowadzić do przekonania drugiej strony, czasem wystarczy samo to, że obaj uczestnicy wzbogacą się o nowe argumenty lub poznają opinie drugiej strony. Co więcej, większość dyskusji właśnie na tym się kończy. Przede wszystkim jednak, nie bądźcie agresywni! Nie „orajcie” rozmówcy, nie nazywajcie go tępym lewakiem, nie przechodźcie nigdy na argumentacje ad personam, bo w ten sposób tylko pokazujecie, że przegrywacie i nie macie lepszych argumentów. Wierzę, że nie ma potrzeby tego pisać do przedstawicieli wykształconych i dojrzałych środowisk, jakimi są libertarianie, ale napiszę: traktujcie swoich rozmówców poważnie i z szacunkiem. Słuchajcie ich do końca i nie przerywajcie im, nawet, jeżeli doskonale i tak znacie ich argumenty i wiecie, co chcą w danej chwili powiedzieć, bo podobne „bzdury” słyszeliście już milion razy. Po pierwsze, nie wiecie, czy rozmówca czymś jednak Was nie zaskoczy, czy nie wypracował swojej wersji danego argumentu, czy go nie zmodyfikował i nie uzupełnił. Po drugie zaś, wyjdziecie na zwykłych krzykaczy i prostaków, a nie o to chodzi. Zasady kultury osobistej w dyskusji to temat w zasadzie osobny, więc nie będę się nad nim szczegółowo rozwodził. Po prostu: dyskutujcie grzecznie, a będziecie szanowani.

Zapewne nie są to wszystko porady, jakie można wymyślić, jednak tych parę wydało mi się kluczowych do tworzenia pozytywnego wizerunku libertarian oraz dla sprawienia, że odbiór ich retoryki przez społeczeństwo będzie pozytywny. To, aby kojarzyły się z nami pozytywne emocje jest bardzo ważne, gdyż ludzie nie kierują się jedynie logiką, a wielu wręcz głównie emocjami. Pozytywne skojarzenia, ogólnie dobre wrażenie wywarte na rozmówcach i przysłuchujących się dyskusji osobach będzie procentowało większym zainteresowaniem naszą ideą, przychylniejszym jej odbiorem, a w przyszłości, kto wie, może nawet pewna aprobatą dla libertarian próbujących działać politycznie. Pomyślcie o tym i o przyszłości ruchu wolnościowego, gdy tylko wdajecie się w dyskusje o libertarianizmie z nie-libertarianinem. Życzę Wam wielu sukcesów, owocnych rozmów i ciekaw jestem, czy sami macie jakieś refleksje odnośnie poruszonego w tym poradniku tematu. Jeśli tak, skomentujcie!

Jedna odpowiedź na „Poradnik libertarianina – czyli jak rozmawiać o wolności, aby była dla innych atrakcyjna?

  1. wazzuuup pisze:

    Naprawdę dobry tekst, ale do 6tego punktu wkradła się literówka; jest „Kowalki” zamiast „Kowalski”.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s