Rola rządu w tworzeniu bezrobocia i powiększaniu nędzy

Bezrobocie to słowo budzące grozę, zwłaszcza w czasach kryzysu, gdy mało kto czuje się bezpieczny na swej posadzi i właściwie poza pracownikami administracji państwowej, nikt nie może spać spokojnie. Bezrobocie zdaje się wielu być straszną plagą, która spada na społeczeństwo niespodziewanie i niewytłumaczalnie. Obwinia się za bezrobocie głównie „bezduszny kapitalizm”, wolny rynek, chciwych przedsiębiorców nie chcących okazać ducha solidarności z klasą robotniczą, postęp technologiczny zabierający pracę robotnikom, a także globalizację i handel międzynarodowy. W efekcie narastają nastroje anty-kapitalistyczne, anty-rynkowe, pro-totalitarne, wzrasta poparcie dla idei socjalistycznych, centralnego planowania, interwencji rządowych, planów politycznych, ceł i regulacji na rynku pracy. Ludzie nie rozumiejąc czym jest bezrobocie i jaka jest jego rola, oraz skąd się ono bierze, wołają o pomoc do rządu – a jest to najgorsze, co mogą uczynić. Dziś wykażę, że rząd nigdy nie pomoże nam zlikwidować bezrobocia, a co więcej, że to on odpowiedzialny jest za jego wzrost.

Bezduszny postęp?

Wielu ludziom wydaje się, że za bezrobocie odpowiedzialny jest postęp technologiczny, który powoduje, że maszyny (a obecnie komputery) zastępują pracę ludzi. Dzisiejsze fabryki samochodów będące zrobotyzowanymi halami, tak różnymi od ludnych taśm montażowych fabryk Forda z początki XX wieku, zdają się być najlepszym przykładem i dowodem tej tezy. A jednak jest ona fałszywa, gdyż mimo ciągłego zastępowania pracy kapitałem (innymi słowy: zastępowania ludzi automatami), ilość pracy globalnie wzrasta, zamiast spadać. Jeśli porównać populację dzisiejszych rozwiniętych krajów do ich populacji sprzed 100 lat, okazuje się, że mimo dużego wzrostu populacji (w przypadku USA ponad trzykrotnego wzrostu, w przypadku Polski ponad półtora-krotnego [1]) bezrobocie nie stało się gigantyczną katastrofą. Mechanizacja w przemyśle i rolnictwie zamiast wpędzać rzesze ludzi w nędzę, pozwala produkować więcej dóbr niższym kosztem, uwalniając jednocześnie ludzi od żmudnej, monotonnej pracy i umożliwiając zatrudnienie ich w innych dziedzinach – handlu i usługach, przetwarzaniu informacji itp. Przedsiębiorcy nieustannie odkrywają kolejne sposoby na zaspokojenie przeróżnych potrzeb konsumentów, nieraz takich, które ujawnić się mogły dopiero w momencie osiągnięcia pewnego poziomu rozwoju społecznego i technologicznego. Społeczeństwo zaś nieustannie dostosowuje się do warunków rynku pracy, a likwidacja niektórych zawodów i stanowisk pracy wynikająca z rozwoju techniki może jedynie na krótko naruszyć równowagę, która szybko wróci, jeśli tylko nie zostanie to uniemożliwione przez np. interwencje rządowe takie, jak nakaz stosowania starych, bardziej pracochłonnych metod produkcji zamiast nowych, zautomatyzowanych. Z rozwoju i zastępowania pracy człowieka pracą maszyn społeczeństwo czerpie w ostateczności jedynie korzyści. W bardzo prosty sposób wyjaśnia to Frederic Bastiat:

„Jakub płacił robotnikowi dwa franki za pracę. Dzięki jego wynalazkowi koszty robocizny spadły o połowę. Zwolnił jednego pracownika – to widać. Ponieważ sprzedawał produkt po tej samej cenie, jego zaoszczędzony frank dawał pracę innemu robotnikowi – tego nie widać.”[2]

W rzeczywistości rozwój techniki w jeszcze jeden sposób przysparza społeczeństwu korzyści. Lepsze maszyny i technologia produkcji obniżają koszty produkcji, zwiększają wydajność i jakość wytwarzanych dóbr. Jednocześnie spadają ceny dóbr, zatem konsumenci mogą nabyć je taniej, dzięki czemu mogą konsumować więcej i więcej, a ich poziom życia podnosi się. Oczywiście pod warunkiem, że państwo nie rujnuje skutków wzrostu produktywności powodując inflację, która sprawia, że ceny rosną, zamiast spadać, utrzymują się na tym samym poziomie, albo spadają wolniej, niż spadałyby, gdyby państwo nie wywoływało inflacji. W każdym razie, jak widzimy, postęp techniczny służy społeczeństwu zamiast mu szkodzić, a bezrobocie wynikające z niego jest chwilowe i należy postrzegać je jako zbawienne – motywuje ludzi do zmiany kwalifikacji i zawodu i wybrania zajęcia, na które jest popyt na rynku, dzięki czemu całe grupy robotników mogą po przekwalifikowaniu się z powrotem stać się produktywne. Absurdem byłoby, gdyby kołodzieje zamiast dostosować się do zmian rynku i podjąć pracę w fabryce samochodów spalinowych, zażądali zakazania sprzedaży automobilów i nakazu poruszania się dorożkami i powozami konnymi – aby zawód kołodzieja nie zanikł. Podobnie społeczeństwo straciłoby, gdyby telefonistki niszczyły automatyczne centrale telefoniczne w obronie swoich miejsc pracy – ceny usług telefonicznych nieustannie rosłyby, aż w końcu korzystanie z telefonów stałoby się zbyt kosztowne i uciążliwe. Podobne przykłady można by mnożyć.

Chciwi kapitaliści?

Najprościej oskarżyć jest „bogatych krwiopijców”, jak wielu ludzi wyobraża sobie przedsiębiorcę w ustroju kapitalistycznym. Wizerunek opasłego milionera we fraku z cygarem w ręce, lub – nieco uwspółcześniony – prezesa koncernu z neseserem i smartfonem [3] w ręce (jakkolwiek smartphone wcale nie jest atrybutem ludzi bogatych, gdyż, jak na ironię dzięki znienawidzonemu kapitalizmowi i wolnemu rynkowi właśnie, gadżety te stały się ogólnie dostępne dla każdego, nawet ubogiego mieszkańca świata zachodniego) pobudza wyobraźnie prostego ludu i prowokuje jego wrogość. Przejawia się ona w przekonaniu, że rolą przedsiębiorcy jest przede wszystkim, „dać pracę” możliwie jak największej liczbie ludzi – gdyż to prości ludzie postrzegają jako oznakę dobrobytu i „dobrze” działającej gospodarki. Owszem, gdy gospodarka ma się dobrze i rozwija się szybko, miejsc pracy przybywa i zatrudnienie wzrasta, ale jest to niewątpliwie skutkiem rozwoju gospodarczego, a nie przyczyną. Nie to jednak jest istotne. Celem przedsiębiorcy nie jest bowiem zatrudnianie ludzi, lecz uzyskanie zysku z prowadzonej działalności produkcyjnej czy usługowej. Przedsiębiorca zaspokaja potrzeby konsumentów przy jak najniższych kosztach, aby oferować jak najniższa cenę za sprzedawane dobra, co pozwoli mu skutecznie konkurować z innymi przedsiębiorcami. Jeżeli przedsiębiorca zatrudnia pracownika to tylko wtedy, kiedy praca tego pracownika przyniesie mu dochód wyższy, niż koszt jego zatrudnienia – w przeciwnym razie pracownik generowałby straty. Nikt rozsądny nie oczekuje od zwykłego człowieka, że będzie np. wyrzucał co dziesiątą złotówkę w krzaki, zatem nie ma powodu, aby tego samego oczekiwać od przedsiębiorcy – a zatrudnianie pracownika nie przynoszącego mu dochodu byłoby dla niego tym samym, co wyrzucanie pieniędzy w błoto. W sytuacji, kiedy popyt na towary czy usługi oferowane przez przedsiębiorce wynosi X i ilość pracowników potrzebnych do wyprodukowania tej ilości dóbr wynosi X, zatrudnienie X+1 robotników byłoby przedsiębiorczym nonsensem, ekonomicznym absurdem. Oczywiście przeciwnicy kapitalizmu postulują zwykle zatrudnienie znacznie większej liczny pracowników, niż 1 dodatkowego – a im więcej pracowników ponad potrzebę zatrudni przedsiębiorca, tym większe poniesie straty i tym bardziej zbliży się do katastrofy. Niektórzy powiedzą, że nawet, jeśli pełne zatrudnienie zrealizowane niezależnie od popytu na towary i usługi byłoby zabójcze dla przedsiębiorców, to co powstrzymuje ich przed niewielkim wzrostem zatrudnienia? – przecież „stać ich” na to, aby zatrudniać kilka procent pracowników więcej, niż potrzebują – mogą przecież obniżyć swoje – i tak duże – zyski. I takie postulaty całkiem serio wysuwano i realizowano nawet – choćby w USA w czasach Wielkiego Kryzysu, kiedy za rządów prezydentów Hoovera i Roosvelta nakłaniano przedsiębiorców, aby nie zwalniali pracowników i sztucznie utrzymywali wysokie płace. Skończyło się to sztucznym, niepotrzebnym przedłużaniem kryzysu a obniżka płac i masowe zwolnienia i tak nieuchronnie nadeszły, gdy nie dało się już dłużej powstrzymywać procesów rynkowych. Jeśli zmusi się przedsiębiorcę do ponoszenia niepotrzebnych kosztów, w dłuższej perspektywie czasowej zmniejszy on produkcję, gdyż nie będzie mu się opłacało ponosić wysokich strat, skoro nie pozwala mu się zachowywać należnego mu zysku. Należy pamiętać, że zysk przedsiębiorczy uwzględnia ryzyko z prowadzenia biznesu – w razie porażki przedsiębiorca traci wszystko, kapitał, czas i niejednokrotnie dorobek całego życia. Mówienie, że jego zysk jest „nieuprawniony” jest co najmniej nieuzasadnioną oceną, jeśli nie niemoralnym kłamstwem. Nadto tylko i wyłącznie przedsiębiorca może ocenić, czy jego aktualna i przyszła sytuacja na rynku pozwala mu zwiększać swoje wydatki i czy osiągany obecnie zysk zapewni mu wystarczające środki na pokrycie przyszłych kosztów. Ani państwowy centralny planista, ani opinia społeczna, nie mają wiedzy i prawa do decydowania o tym. Ponadto atak na zysk przedsiębiorcy jest jednocześnie atakiem na inwestycje i rozwój gospodarczy. Kto odbiera prawo do osiągania zysku, ten jednocześnie opowiada się za likwidacją inwestycji w nową produkcję i usługi, w rozwój i badania. Bowiem wszystkie te dziedziny finansowane muszą być z zysków kapitalisty. Jeśli więc odbierzemy kapitaliście jego zysk, uniemożliwimy mu powiększanie jego produkcji i zwiększanie zatrudnienia, oraz  produkcji i dobrobytu z niej wynikającego. Co więcej, jeśli przedsiębiorca cały dochód odda pracownikom, nie wystarczy mu środków na odnawianie kapitału – maszyn i technologii – i po pewnym czasie produkcja w najlepszym razie powracając do poprzedniej, mniej produktywnej postaci (np. pracy ręcznej), a w najgorszej zatrzyma się całkiem (nie da się ręcznie wytapiać stali bez pieców, tygli itp.).

Tania siła robocza z zagranicy

Emigranci odbierający „tutejszym” pracę, oraz import tanich towarów produkowanych za granicą to kolejny, rzekomy winowajca bezrobocia. Oskarżenie „obcych” o niepowodzenie krajowego biznesu i lokalne bezrobocie przychodzi bardzo łatwo – obcy nie bardzo mają jak się bronić przed tym oskarżeniem, tymczasem tutejszy rząd ochoczo podchwyci taki postulat. Skoro obcy są przyczyną nieszczęścia krajowego, rząd może zagrać swoją ulubiona rolę – przyjaciela krajowego biznesu oraz pracowników w swoim kraju oferując im ochronę przed obcymi towarami i pracownikami. Jeżeli chodzi o emigrację, bronią rządu jest prosta, rasistowska polityka antyimigracyjna. Może ustalić limity imigrantów otrzymujących prawo do pobytu i pracy tym samym utrudniając lub uniemożliwiając cudzoziemcom zamieszkanie na „swoim” terytorium i konkurowanie z tubylcami o pracę. Rozpatrzmy jednak przyczyny, dla których zarobkowi imigranci ściągają do jakiegoś kraju A  opuszczając kraj B. Główna przyczyną jest łatwość znalezienie pracy, oraz wysokość zarobków za wykonana pracę. Jeżeli w kraju A łatwiej znaleźć pracę, niż w kraju B, albo jest ona lepiej opłacana, niż w kraju B, mieszkańcy kraju B będą migrować do kraju A, co jest najzupełniej naturalnym i logicznym zachowaniem, abstrahując od kwestii kulturowych, językowych i etnicznych, które najczęściej są do przezwyciężenia i nie powstrzymują w znaczącym stopniu ani Meksykan przed migracja do USA, ani Polaków przed wyjazdem do Wielkiej Brytanii. Pozornie zablokowanie tej migracji przyniesie korzyści krajowi A – jego bezrobotni nie będą musieli konkurować z obcymi przybyszami o miejsca pracy. Jednak dotychczas nie kwapili się aby te miejsca pracy zająć – wolna praca skusiła imigrantów, bo nikt nie chciał jej wziąć, albo tubylcy żądali zbyt wysokiej płacy, aby pracodawcom opłacało się ich zatrudnić. Jeżeli imigranci zapełnią te niechciane miejsca pracy, na rynku zostaną zaoferowane dobra i usługi, których nikt dotąd nie był gotowy świadczyć, a skoro jest na nie potrzeba, to przedtem ktoś cierpiał brak tych dóbr i usług. A więc po zapełnieniu tych miejsc pracy przez imigrantów zwiększy się dobrobyt społeczeństwa. Jeśli rząd – zgodnie z postulatami patriotów ekonomicznych – zakaże imigrantom podjęcia pracy na tych wolnych, niechcianych, najczęściej najgorzej płatnych stanowiskach, to – wbrew oczekiwaniom związków zawodowych i socjalistów – nie zostaną na nich zatrudnieni „tutejsi” bezrobotni, chyba, że zgodzą się oni przyjąć płacę, jaka oferowano imigrantom. Najczęściej jednak postulat zamknięcia granic wiąże się także z drugim – ustanowienia płacy minimalnej. Jeśli te dwa żądania są realizowane jednocześnie, miejsca pracy znikają jeszcze szybciej, niż wtedy, gdy tylko jeden z postulatów wchodzi w życie. Nawet jednak, jeżeli cześć (albo nawet wszystkie) wakaty zostaną obsadzone przez tutejszych bezrobotnych, a bezrobotni Ci otrzymają wyższą – przeforsowana przez związki zawodowe i sprzyjających im polityków – płacę, to społeczeństwo na tym straci, ewentualnie zyska mniej, niż zyskałoby, gdyby nie wprowadzono limitów imigracji i płac minimalnych. Pracownicy pracujący na tych stanowiskach za mniejszą stawkę pozwoliliby bowiem – dzięki wyższemu zyskowi – przedsiębiorcom szybciej gromadzić środki na inwestycję, zaś społeczeństwo cieszyłoby się niższymi cenami dóbr i usług tych przedsiębiorców. Tymczasem zyski są niższe, spowalniając akumulację kapitału lub ją uniemożliwiając (np. w sytuacji wysokiej inflacji), natomiast konsumenci płaca cenę droższych usług. Jeśli chodzi o sama kwestię stopy bezrobocia, to obniżenie tutejszego poziomu bezrobocia poprzez blokadę imigracji w kraju A, jest czysta fikcją, gdyż nie uwzględnia bezrobotnych w kraju B, którzy nie mogąc przyjechać do kraju A, skazani zostaną albo na bezrobocie u siebie, albo na podjęcie gorszej, jeszcze słabiej płatnej pracy w swojej ojczyźnie. Na szczęście przedsiębiorcy, w sytuacji, gdy interwencjonistyczne rządy uniemożliwiają im skorzystanie z taniej pracy imigrantów, sami przenoszą się do ich ojczyzny. Tym samym rynek po raz kolejny oszukuje machinę interwencjonizmu udowadniając, że nie można na dłuższą metę powstrzymywać praw ekonomii. Choć etatyści nie poddają się mimo to… Wyrazem ich wysiłków jest wówczas nieuczciwa polityka celna – czyli „ochrona” krajowych producentów przed tańszymi produktami z zagranicy. Jeżeli opłacalna cena sprzedaży żelazek produkowanych w kraju A wynosi 40 złotych za sztukę, a w kraju B jedynie 30 złotych przy tej samej jakości wyrobu, import żelazek z B do A będzie śmiertelnym zagrożeniem dla producentów żelazek w A. Związek Zawodowy Pracowników Fabryk Żelazek kraju A oraz Stowarzyszenie Producentów Żelazek tego kraju, będzie z wielką energią przekonywało rząd i społeczeństwo, że import zagranicznych, tańszych żelazek, jest „nieuczciwą konkurencją” i odbiera pracę „naszym” pracownikom powodując bezrobocie i ubóstwo. Rząd natomiast, licząc na poparcie członków Związku Zawodowego i Producentów Żelazek, z zapałem przystąpi do uchwalania nowych ustaw celnych. Jeśli koszt importu żelazka z kraju B do A wynosi 1 zł na sztucę, wystarczy nałożyć cło w wysokości 4 zł 10 groszy, aby import zagranicznych żelazek przestał się opłacać. Związki są szczęśliwe, pracownicy ocalili swoja pracę, krajowi producenci żelazek pija toasty za zdrowie ministra handlu. Karę ponosi zaś społeczeństwo – czyli konsumenci, którzy muszą kupować żelazka krajowe za wyższą cenę, niż cena żelazek importowanych przed nałożeniem cła. Rząd, zamiast stymulować krajowych producentów, aby obniżyli koszty produkcji, lub poprawili jakość wyrobu i tym samym podjęli konkurencję z producentami zagranicznymi, przyznał monopolistyczny przywilej krajowej branży kosztem wszystkich pozostałych mieszkańców kraju. Jeśli chodzi zaś o bezrobocie – znowu, to, co zostało ocalone w kraju A, nie ominie kraju B, gdzie z braku popytu na eksport tamtejszych żelazek, przedsiębiorcy będą zmuszeni ograniczyć lub zamknąć produkcję i zwolnić pracowników.

Płaca minimalna

Teraz przyjdzie kolej na pozornie pozytywnych bohaterów: płace minimalną i kodeksy pracy. Płaca minimalna to sztandarowe hasło wszystkich związków zawodowych, socjalistów i doskonała reklama wyborcza dla partii politycznych. Pozornie płaca minimalna ma służyć ochronie pracownika przed wyzyskiem ze strony pracodawcy, który w przeciwnym razie będzie dowolnie zaniżał płacę, aby maksymalizować swój zysk kosztem pracowników. Płaca minimalna ma podwyższać poziom życia najbiedniejszych ludzi, pracowników najmniej wykwalifikowanych nie mających silnej pozycji do negocjacji płacowych na rynku pracy. Tyle mówi teoria. Teoria zresztą błędna, gdyż pomija realne warunki panujące na rynku pracy, gdzie nie występuje w rzeczywistości coś takiego, jak ogólna zmowa pracodawców, gdyż pracodawcy – poza państwowymi kartelami dysponującymi monopolem przyznanym przez rząd – nie stanowią jednolitej grupy działającej wspólnie w skoordynowany sposób, niczym generałowie armii, podlegający im generałowie dywizji, korpusów i brygad. Pracodawcy to niezależne jednostki, które zmuszone są konkurować między sobą o najlepsze środki produkcji. Skoro przedsiębiorcy konkurują o środki produkcji, konkurują także o pracę. Każdy przedsiębiorca musi zaoferować takie płace na rynku, aby pozyskać jak najlepszych pracowników po cenie, która: a) będzie możliwie jak najniższa, b) jak najwyższa z punktu widzenia pracowników, c) zapewni, że koszty produkcji nie zawyżą ceny produktu powyżej ceny, jaka gotowi są zapłacić konsumenci. Pracodawca, który zaoferuje wyższe płace od konkurencji, przyciągnie lepszych pracowników, co leży w jego interesie. Oczywiste jest, że wszyscy pracodawcy starają się obniżać swoje koszty i tylko nieliczni, potrafiący skutecznie obniżyć je na innych polach, niż płace, mogą zaoferować pracownikom stawki znacząco wyższe od przeciętnych, nie jest to jednak wynikiem żadnej zmowy, lecz naturalnej kalkulacji ekonomicznej. Płaca pracownika fabryki zależy w gruncie rzeczy od ceny, jaka konsumenci zechcą zapłacić za dobra produkowane w fabryce przez tego pracownika. Ponieważ pracownicy i konsumenci to jedna i ta sama grupa – każdy jednocześnie pracuje i konsumuje – pracownicy-konsumenci oczekując, że ceny oferowanych im dóbr będą jak najniższe, ustalają maksymalny pułap płac (kosztów producentów). Teoria o dobroczynnym wpływie ustalania i podwyższania płacy minimalnej  ignoruje podstawowe prawo popytu i podaży. Praca jest takim samym dobrem na rynku, jak każde inne dobro, w związku podlega prawie podaży i popytu. Popyt i podaż pracy zależą od jej ceny. Sztuczne zawyżenie ceny pracy spowoduje spadek popytu na pracę, tak samo, jak sztuczne zawyżenie ceny ogórków spowodowałoby spadek popytu na ogórki. Po prostu w momencie, kiedy wartość subiektywna pracy w ocenie pracodawców jest niższa, niż cena, która wymusi na nich rząd ustalając płace minimalną, pracodawcy zrezygnują z jej kupowania – zatrudniania pracowników – tak samo, jak konsumenci zrezygnowaliby z kupowania ogórków, gdyby rząd ustalił na nie cenę minimalna np. 20 złotych za kilogram. Oczywiście tak stanie się, jeśli wykluczymy z analizy czarny rynek, w rzeczywistości jednak czarny rynek nie przejmuje się wykluczeniem go z analiz i praca – tak, jak i sprzedaż ogórków – przeniosła by się do sfery nielegalnej, poza obszar kontroli państwowych urzędników i związków zawodowych. Tam, gdzie zatrudnianie na czarno jest jednak niemożliwe, dotychczasowi pracownicy zostaną jednak zwolnieni. Jeżeli bowiem konsultant telefoniczny Rafał pracował dotąd dla firmy A za stawkę 7,5 zł/godzinę, przynosząc firmie A zysk dochód 9 zł/godzinę i zysk netto 1,5 zł/godzinę, to po ustanowieniu przez rząd stawki minimalnej na poziomie 9,5 zł/godzinę, firma A będzie zmuszona zwolnić Rafała – i wszystkich jemu podobnych pracowników. To nieubłagane prawo rynku wynikające z kalkulacji ekonomicznej sprawia, że płaca minimalna jest największym wrogiem młodych, zaczynających karierę zawodową osób nie mających doświadczenia zawodowego ani pozycji na rynku pracy. Jeśli nie mają szansy podjąć pracy na mniej płatnych stanowiskach i zdobyć doświadczenia, nigdy nie dostaną się ani nie awansują na stanowiska lepiej płatne. Tym samym są eliminowani z rynku pracy. Teraz przychodzi kolej na najlepsze – jaki jest rzeczywisty interes związków zawodowych nawołujących do ustalania płac minimalnych? Skoro w efekcie ich ustalenia najmniej wykwalifikowani pracownicy tracą pracę, konkurencja na rynku pracy spada, Ci, którzy prace utrzymają – czyli z pewnością członkowie związków zawodowych – mogą cieszyć się wyższymi płacami (mniejsza konkurencja pozwala im żądać wyższych stawek płac). Nadto mogą żądać  też szeregu przywilejów takich, jak dodatkowe świadczenia socjalne, urlopy, dni wolne itp. W ten sposób wąska klasa uprzywilejowanych przez rząd związkowców przyczynia się do wzrostu bezrobocia i powiększa swoją władzę i dobrobyt kosztem reszty społeczeństwa. Rząd natomiast zyskuje na tym poparcie związków zawodowych i obywateli o przekonaniach socjalistycznych, którzy nieodmiennie sprzeciwiają się wolnemu rynkowi, kapitalistom i swobodnym stosunkom pracy jako „wyzyskowi”. Prawdziwym wyzyskiem jest jednak płaca minimalna, która wyklucza całe grupy ludzi z pracy.

Dodatkowe korzyści rządu z płacy minimalnej

Sojusz ze związkami zawodowymi to nie jedyny zysk państwa z dokonanej za pomocą płacy minimalnej redukcji zatrudnienia. Wzrost bezrobocia – wbrew temu, o czym zapewniają nas politycy – jest dla rządu doskonałą wiadomością. Należy pamiętać, że administracji publicznej, klasy politycznej i funkcjonariuszy państwowych problem bezrobocia prawie nigdy nie dosięga – grupy te czerpią dochody z pracy dla państwa, które, w przeciwieństwie do prywatnych przedsiębiorstw, nie musi kierować się rachunkiem ekonomicznym (a nawet nie jest zdolne tego robić), nie może bowiem zbankrutować. Państwo środki finansowe czerpie z kradzieży i wymuszeń dokonywanych nieustannie na obywatelach nazywanych podatkami, cłem, opłatami skarbowymi itp. Jeśli więc wzrośnie koszt zatrudnienia hord urzędników, wystarczy lekko docisnąć imadło podatkowe, aby wycisnąć z podatnika kilkaset dodatkowych milionów złotych. Wobec tego urzędników państwowych negatywne skutki podwyższania płac minimalnych nigdy nie dotkną – tym bardziej, że większość z nich zarabia dużo powyżej ustawowej płacy minimalnej. Państwo zyskuje więc wdzięczność i lojalność klasy urzędniczej i politycznej, która jest stałym elektoratem wyborczym wszystkich partii obiecujących wzrost socjalizmu, interwencjonizmu i redystrybucji. Podwyższenie płacy minimalnej skazuje jednak na bezrobocie pewna grupę osób, których kwalifikacje i doświadczenie zawodowe nie są cenione zbyt wysoko na rynku. Ludzie Ci stają się zależni od państwowej pomocy, nie mogąc uczciwie zdobyć środków do życia pracując za stawki, które byliby gotowi zaakceptować i które zaoferowałby im pracodawca, gdyby tylko prawo mu tego nie zabraniało. Powiększającą się rzeszą bezrobotnych ktoś w kocu musi się zająć i tutaj wkracza „dobroduszne” państwo wraz z instytucjami pomocy społecznej, urzędami zatrudnienia, programami aktywizacji zawodowej, szkoleniami finansowanymi przez rząd albo UE, zasiłkami i robotami publicznymi. Wszystkie te działania spotykają się z poklaskiem znużonego, pełnego lęku społeczeństwa – wynędzniali, zastraszeni widmem ubóstwa i głodu ludzie stają się podatni na wszelkie kłamstwa, które sprzeda im klasa polityczna, byle zdobyć ich głosy. Tak więc każdy program, który ma „pomóc młodym”, „wesprzeć rodzinę”, czy „stworzyć miejsca pracy”, budzi nadzieje i oczekiwania ludzi. Ludzie myślą, że rząd jest w istocie pozytywnym bohaterem w całej grze, gdyż oferuje rozwiązania i nie ustaje w wysiłkach w walce z biedą i brakiem pracy! Społeczeństwo bardzo łatwo zmylić i przekonać, że to nie rządowe regulacje i podatki obciążające pracę są powodem bezrobocia, tylko różne czynniki pochodzące z „wolnego rynku” – co z tego, że nie istniejącego? Organizacja wielkich programów społeczno-gospodarczych mających zaradzić problemom bezrobotnych są doskonałym usprawiedliwieniem dla nakładania podatków na tych, którzy jeszcze pracę mają i na tych, którzy ich zatrudniają. Z gigantycznego strumienia pieniędzy wyżywi się armia urzędników, politycy uchwalający ustawy i powołujący parlamentarne komisje, co jest prawdziwym celem istnienia państwa – wyżywienie niewielkiej „elity” na koszt całej reszty społeczeństwa. Zrozumiałe staje się więc, że nie leży w interesie urzędników ani klasy politycznej, aby problemy trapiące społeczeństwo zostały rozwiązane. Gdyby bezrobocie czy bieda znikły, komu byliby potrzebni pracownicy socjalni, urzędniczki przybijające pieczątki w urzędzie zatrudnienia, posłowie debatujący nad sposobami zmniejszenia bezrobocia? Odpowiedź jest oczywista i znają ją ludzie wspinający się na szczyt państwowej piramidy władzy. Oczywiście walka z bezrobociem i ubóstwem nie jest jedynym fałszywym usprawiedliwieniem dla istnienia pasożytniczej kasty urzędników i polityków – jest jednak istotnym elementem dobrze opracowanego przez dziesięciolecia etatystycznego kłamstwa, które nie pozwala ludziom przejrzeć na oczy i uświadomić sobie, że bez państwa żyłoby im się lepiej.

A co z bezrobociem?

No dobrze – odpowie przeciętny Kowalski – ale czy całe bezrobocie jest dziełem państwa? Musimy oczywiście odpowiedzieć uczciwie, że tak nie jest. Bezrobocie bowiem jest zupełnie naturalnym elementem rzeczywistości w realnej gospodarce, która nie jest statycznym modelem keynesistowskich teorii dążących do „pełnego zatrudnienia”. Pewien poziom bezrobocia jest wynikiem ciągłych zmian koniunktury na rynku, wynikiem błędów pracowników i przedsiębiorców. Ludzie wybierają ścieżki edukacyjne prowadzące często do donikąd, kończąc kierunki studiów po których nie mogą znaleźć pracy. Zanim zrozumieją swój błąd i dostosują się do nowych warunków na rynku, które mogły być diametralnie odmienne, gdy zaczynali naukę, musi minąć pewien czas, tak samo, zanim znajdą jakieś zajęcie zarobkowe. Inni bezrobotni natomiast wybierają bezrobocie dobrowolnie – do tej grupy zaliczyć można tych, którzy tymczasowo wola nie pracować nie widząc wystarczająco atrakcyjnej dla siebie oferty pracy na rynku i czekają na poprawę sytuacji i lepsze oferty. Drudzy natomiast w ogóle nie cenią wystarczająco dochodu z pracy, aby pogodzić się z utrata czasu wolnego, a system państwowych zasiłków jest dla nich dodatkowym bodźcem zniechęcającym do podjęcia pracy. Bezrobocie jest w dodatku nieuniknione w świecie w którym każdy z bezrobotny i każdy pracodawca szukający pracownika dysponuje ograniczonym zasobem wiedzy. Gdyby każdy pracodawca i każdy bezrobotny dysponował doskonałą wiedzą o rynku pracy – wiedział jakie ceny pracy, popyt i podaż występują w poszczególnych sektorach, a nawet które przedsiębiorstwo kiedy będzie potrzebowało jakiego pracownika, wówczas bezrobocie być może znikłoby, przynajmniej w tym sensie, że wszystkie osoby chcące naprawdę pracować i zdolne do jakiejkolwiek pracy, która jest poszukiwana na rynku, znalazłyby zatrudnienie. Jednakże żyjemy w świecie, w którym każdy dysponuje tylko małym, ograniczonym wycinkiem wiedzy o rynku pracy, dlatego nierzadko mijają tygodnie albo miesiące, zanim pracodawca znajdzie odpowiedniego kandydata na stanowisko pracy. Oczywiście państwowe, przymusowe nakazy i zakazy dotyczące stosunków pracy tylko dodatkowo zakłócają rynek pracy uniemożliwiając zawieranie takich, dobrowolnych umów między pracodawcami i pracownikami, jakie byliby gotowi zaakceptować, gdyby im tego nie zabroniono. Regulując rynek pracy, państwowi technokraci wprowadzają na nim jedynie „planowany chaos”, opóźniając procesy dostosowawcze lub je uniemożliwiając. Wracając jeszcze do kwestii „niepełnej informacji”, warto wspomnieć, że jest ona nie tylko elementem teorii ekonomicznej, ale wynika nawet z fundamentalnych praw przyrody, a mianowicie fizyki. Prawdopodobnie skończona liczba cząsteczek we wszechświecie nie pozwoliłaby żadnemu uczestnikowi rynku pracy posiąść pełnej wiedzy o warunkach na nim panujących, ale to już kwestia do dyskusji na polu innej dziedziny nauki 😉

Podsumowując

Gdyby rząd przestał mieszać się do dobrowolnych stosunków pracy nie ograniczając form zatrudnienia, poziomu wynagrodzeń, nie decydując, kto może i ile dni urlopu ma dostać, nie zmuszając ludzi do ubezpieczania się u państwowego monopolisty ani do ubezpieczenia się w ogóle, zyskałyby na tym nie tylko masy bezrobotnych, ale i rzesze pracujących, którzy mogliby odzyskać rabowane im przez państwo kwoty podatku od pracy, oraz dobrowolnie porozumieć się ze swymi pracodawcami w zakresie sposobu i czasu pracy. Wbrew temu, co sugeruje profesor Bugaj, to właśnie elastyczność stosunków pracy jest tym, co w głównej mierze pozwoliłoby ograniczyć bezrobocie i nędzę, a nie państwowe programy interwencji i tworzenia miejsc pracy, które, jak wiemy, kreowane są zawsze kosztem likwidacji innych miejsc pracy. Ta myślą – że aby dać pracę Kowalskiemu, rząd musi uczynić bezrobotnym Nowaka, zakończę te rozważania i pozastawiam z nimi czytelnika. Zainteresowanych bardziej szczegółową analizą kwestii płacy minimalnej odsyłam do linków prezentowanych po przypisach.

——————————————————————–

[1] – Wikipedia, proszę wybaczyć źródło, aczkolwiek uważam, że dla tak ogólnych rozważań demograficznych jest ono wystarczające.

[2] – Frederic Bastiat, Co widać i czego nie widać, tłum. S. Stachura, Fijorr Publishing, Lublin-Chicago-Warszawa, 2005, str. 40.

[3] – w tekście występuje spolszczony „smarfon” ale tylko w narzędniku, gdyż odmiana angielskiego słowa „smartphone” w tym przypadku wyglądałaby chyba jeszcze bardziej głupkowato, niż spolszczony narzędnik i pozostawiony w języku macierzystym mianownik zaraz po nim. Jeśli popełniłem karygodny błąd z punktu widzenia lingwistycznych purystów, przepraszam.

——————————————————————–

Dalsze lektury:

Reklamy

5 odpowiedzi na „Rola rządu w tworzeniu bezrobocia i powiększaniu nędzy

  1. Pingback: Rola rządu w tworzeniu bezrobocia i powiększaniu nędzy | ANTISTATE

  2. Sjb Bjs pisze:

    Hmmmm i tu narodziła się nowa legenda! Właśnie w tym miejscu i teraz…. pojawił się nowy bohater… Krzak dorobkiewicz! 😛

    Hm niby to ma sens w sumie spotkałem się kilku krotonie z tym że ktoś nie mógł znaleźć pracownika do pracy, nawet przy pomocy urzędu pracy:D

    Musisz jednak pamiętać że to wszystko bez państwa ma szansę funkcjonować dopiero po rewolucji mentalnej całego społeczeństwa. Inaczej, nie da się robić interesów z kimś kto na każdym kroku będzie chciał cię okraść albo oszukać, Oczywiście uogólniam(bo nie każdy w naszym społeczeństwie to typowy polaczek cwaniaczek). Nie bez powodu wszyscy chcieli by najlepiej pracować u Niemca:) Obawiam się przyjacielu że jak byś wywalił jednych złodziei i cwaniaczków co niszczą gospodarkę i powoli prowadzą ją ku kompletnej klęsce. Mentalność naszego społeczeństwa na polu wolnego rynku doprowadziła by wolny rynek do upadku jednym słowem hmmmm każdy każdego by oszukiwał aż w końcu zakłady by stanęły a gospodarka zrobiła kabuuummmm:D

    Całkiem sensownie to wyjaśniłeś ale z tym bezrobociem które będzie zawsze to chyba nie do końca masz rację… Bo człowiek który nie pracuje w swoim zawodzie wyuczonym bo nie ma doświadczenia albo nie ma zapotrzebowani na takiego specjalistę i nie podejmuję innej pracy nie w zawodzie to nie jest bezrobotny tylko człowiek który nie chce innej pracy niż ta której się uczył. Bezrobotny to taki ktoś który nie ma pracy bo nie ma dla niego żadnej godnej pracy. (oczywiście o godności pracy mówiąc mam na myśli wyznaczniki moralne bo nie można np oczekiwać od przeciętnej kobiety że zostanie prostytutką czy tancerką erotyczną tylko dla tego że nie może znaleźć pracy jako np. recepcjonistka czy inne….. Mówię to bo pamiętam z doświadczenia okres na rynku pracy parę lat temu kiedy w gazecie gdy ją otworzyłem oprócz 8 ofert dla specjalistów i dwóch innych ofert [z jednej skorzystałem ja:P] reszta ofert dotyczyła branży rozrywkowej czyli tancerki erotyczne inne panie lekkich obyczajów….)

    • rafaltrabski pisze:

      Zgadza się, dzięki za to, że przypomniałeś mi o dobrowolnym bezrobociu. Co do tych Polaków, którzy będą niby tak na okrągło siebie oszukiwać i to rzekomo spowoduje upadek gospodarki, nie przesadzałbym – na wolnym rynku (nie na rynku gdzie koncesje i pozwolenia wydaje przekupny urzędnik), oszust prędzej, czy później straci klientów i kontrahentów i wypadnie z gry, czego nie wziąłeś pod uwagę. Owszem, na krótką metę opłaca się oszukiwać, ale na dłuższą opłaca się prowadzić uczciwy biznes i mieć klientów i kontrahentów na całe lata.

  3. No jak to tak? To mówisz że za bezrobocie nie są winni ohydni chciwi i niehumanistyczni kapitalistyczni prezesi firm którzy zwalniają szeregowych robotników a sami zgarniają wielkie premie od zarządu? 😉 Dobry tekst chłopaku i znowu trochę bardziej konkretny i długi. A zapomniałeś napisać o licencjach i egzaminach państwowych które zwiększają bezrobocie!

  4. Sjb Bjs pisze:

    Egzaminy państwowe działają podobnie do wojska czyli na sztukę:D Nie może być na uczelni zbyt mało absolwentów bo się okaże że nie skutecznie uczy:D Co za tym idzie nie wypełnia swego zadania a więc jest nie potrzebna. Dla tego trzeba pomóc zdać egzamin:D

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s