Okiem libertarianina: dlaczego w państwowych szkołach potrzebne jest wychowanie seksualne?

Czy w państwowych szkołach powinien być prowadzony taki kontrowersyjny przedmiot, jak „wychowanie seksualne”? Czy jest zadaniem państwowych pracowników systemu edukacji wtrącać się w tak prywatną sferę światopoglądu, jaką jest seksualność naszych dzieci? Czy w ogóle jest dopuszczalne, aby państwowi urzędnicy decydowali o tym, czego i jak będą się nasze dzieci uczyć? Czy państwowe szkoły powinny w ogóle istnieć? Na te pytania można odpowiedzieć odmiennie, zależnie od kontekstu, jaki weźmie się pod uwagę rozważając je. Inaczej odpowie się na nie rozważając hipotetyczną sytuację idealną – oczekiwaną, a inaczej realną, osadzona w zastanej rzeczywistości. Spróbuję udzielić obu tych odpowiedzi z własnego, wolnościowego, anty-etatystycznego punktu widzenia.

Jako libertarianin jestem stanowczym przeciwnikiem istnienia państwowego przymusu szkolnego – istnieje ku temu kilka ważkich powodów.

Pierwszym jest sam przymus jaki stosuje państwo w celu dopilnowania, że każde dziecko w odpowiednim wieku będzie uczęszczać do szkoły. Przymus – niezależnie od tego, czy jest używany przeciwko interesowi jednostki czy (rzekomo) w jej interesie – jest zaprzeczeniem wolności tej jednostki. Istnieją wprawdzie sytuacje, kiedy akceptujemy przymus, aby ochronić siebie i innych przed agresją inicjowaną przez osoby trzecie – np. aresztowanie i uwięzienie mordercy. Wówczas wolność jednostki inicjującej agresję jest nieistotna, gdyż za ważniejszą uważamy ochronę wolności innych, pokojowych członków społeczeństwa, której morderca zagraża. Akceptowalne jest także użycie przymusu, aby powstrzymać złodzieja przed przywłaszczaniem sobie cudzej, prywatnej własności. Gdyby państwowa machina stosowała przymus i przemoc tylko do ochrony prywatnej własności i wolności, czyli pełniło rolę „nocnego stróża”, można by ewentualnie pogodzić się z jego istnieniem. Zaoferowałoby nam nieporównywalnie więcej wolności i sprawiedliwości, niż obecny, przerośnięty, chciwy, skorumpowany rząd pchający swoje łapska w niemal każdą sferę życia obywateli. Jeszcze doskonalsze byłoby społeczeństwo prawa prywatnego zaproponowane przez Hansa Hermana Hoppe, bez państwowego monopolu na stosowanie przemocy, ale o ziszczeniu się takiej wizji mogę obecnie jedynie pomarzyć.

Wracając do kwestii przymusu – państwo stosuje go niestety nie tylko w celu ochrony  wolności i własności obywateli, ale rozszerza jego zastosowanie także na szereg innych sytuacji, usprawiedliwiając swe działanie takim ułudnym i fałszywym pojęciem, jak „dobro publiczne”, a niekiedy „interes narodowy”, lub po prostu „interes państwowy”. Wówczas celem stosowania przymusu i przemocy nie jest już zapewnienie ładu społecznego, ochrona życia, zdrowia i mienia obywateli, lecz jakieś efemeryczne, rzekome korzyści społeczne, albo po prostu  korzyść dla rządu. Mamy więc przymus ubezpieczeń, przymus zapinania pasów w samochodach, przymus szczepień a także przymus szkolny.

Wszystkie te formy przymusu są przejawem paternalistycznego traktowania obywateli, jakby byli niedorozwiniętymi głupkami, którzy nie są zdolni sami o siebie zadbać, nie mają pojęcia, co jest dla nich złe, a co dobre i z pewnością będą sobie sami szkodzić, jeżeli państwo o nich nie zadba. Z drugiej strony często – jak przymus opłacania składki emerytalnej – służą po prostu zwykłemu obrabowaniu obywateli z ich pieniędzy. Zamiast pozwolić człowiekowi samem udecydować o swoim zabezpieczeniu emerytalnym, państwo zmusza go do płacenia podatku, obiecując że w przyszłości być może odzyska drobną część swoich składek w postaci świadczeń emerytalnych. Systemem emerytalnym jednak zajmiemy się przy innej okazji…

Państwowe szkolnictwo tak, jak każda inna, państwowa instytucja, posiada dwa cele istnienia – oficjalny (wtórny i poboczny, sprzedawany społeczeństwu jako usprawiedliwienie istnienia państwowej instytucji) oraz cel główny, niejawny, a przynajmniej nie rozgłaszany. Oficjalnie państwowe szkolnictwo ma służyć zapewnieniu każdemu dziecku dostęp do edukacji, przynajmniej podstawowej. Jak pisze Rothbard w Manifeściue libertariańskim:

„(…)zwolennicy szkół publicznych rozpowszechniają ideę, że ‘każde dziecko ma prawo do nauki’ i że w związku z tym podatnicy mają obowiązek finansowania szkół, które umożliwiają skorzystanie z tego prawa.”[1].

 Wynika to z Konstytucji RP, w której przeczytamy:

 „każdy ma prawo do nauki”[2]

Rothbard owe „prawo do nauki” komentuje następująco:

„Ta koncepcja całkowicie wypacza pojęcie ‘prawa’. W znaczeniu filozoficznym ‘prawo’ musi być zakorzenione w naturze człowieka i w rzeczywistości. ‘Prawo’ posiada się i zachowuje zawsze i bez względu na wiek. ‘Prawo’ do samoposiadania, prawo do ochrony swojego życia i własności są prawami, które w sposób oczywisty spełniają te kryteria. W jednakowym stopniu przysługują neandertalczykowi z jaskini, współczesnemu mieszkańcowi Kalkuty i obywatelowi dzisiejszych Stanów Zjednoczonych. Tak rozumiane prawa nie zależą od miejsca i czasu”[3].

Jak wyjaśnia dalej, nie może być „prawem człowieka” roszczenie do żadnego dobra, które jest owocem współczesnej, istniejącej od niedawna cywilizacji. Mowa o „prawie do pracy” czy „prawie do nauki” nie ma sensu. Co ważniejsze „pojęcie „prawa” do samoposiadania nie pociąga za sobą konieczności zmuszania jednej grupy ludzi do tego, by zapewniła to „prawo” innej grupie. Każdy korzysta z prawa do samoposiadania, bez konieczności wywierania nacisku na inne osoby. Tymczasem „prawo” do nauki może być zapewnione tylko wtedy, gdy zmusi się jednych ludzi do zapewnienia go innym.”[4] Jak widzimy polska Konstytucja nie wiele ma wspólnego z prawem naturalnym. Sam zapis  Jest jednak jeszcze gorzej:

 „Nauka do 18 roku życia jest obowiązkowa.”

I tutaj właśnie wolność obywatele się kończy, a zaczyna przymus. Okazuje się, zamiast „prawa do X”, występuje „zakaz nie-X” – zakazuje nam się nie uczyć naszych dzieci. Co gorsza rzekoma „wolność” jednych do „bezpłatnej” nauki jest jednocześnie brakiem wolności innych od obowiązku sfinansowania im tej nauki, skoro „Nauka w szkołach publicznych jest bezpłatna”, a więc finansowana musi być z podatków. Mało tego. Zastanówmy się nad przyczynami, dla których Konstytucja stoi na straży obowiązku szkolnego!

Czyżby państwo było tak gorliwe, opiekuńcze i wspaniałomyślne, że pilnuje, aby żadne, biedne dziecko, nie straciło szansy na odebranie tak bardzo potrzebnej mu edukacji? Nie. Państwo nie dba o obywatela, lecz dba o siebie i swój własny interes. Gdy wyłoniły się nowożytne państwa narodowe, ich głównym celem było zintegrowanie ludności zamieszkującej jego terytorium, przywiązanie jej do państwowego aparatu władzy i administracji, oraz stworzenie w społeczeństwach lojalności wobec władzy. Temu celowi służy najlepiej przymusowa edukacja w państwowym systemie szkolnym. Najważniejszym punktem programu młodych państw narodowych było narzucenie ludności jednego, państwowego języka, oraz wtłoczenie im w głowy tożsamości narodowej. Drugim zaś wykształcenie karnych, lojalnych poddanych przystosowanych już od dzieciństwa do rygoru biurokratycznego państwa, musztry wojskowej i wierzących w sens i uświęcone pochodzenie ich państwa i narodu. Trzecim dopiero celem było wyuczenie dzieci pewnych przydatnych umiejętności, aby mogli lepiej pełnić funkcje urzędnicze i służbę wojskową. Jak stwierdził Fryderyk II, absolutystyczny władca Prus: „żołnierz, który umie czytać, pisać i rachować jest lepszym żołnierzem”. Nie bez znaczenia jest też gospodarcza korzyść państwa dysponującego obywatelami wykształconymi w pewnym zakresie, dzięki czemu ich praca jest wydajniejsza, potęga gospodarcza kraju wzrasta, a wraz z nią jego potencjał militarny i znaczenie polityczne. Takie podejście do roli szkolnictwa wpisuje się w szerszy kontekst cywilizacyjny. Jak pisze Rothbard „Jeśli przyjrzymy się historii wprowadzenia szkół publicznych i obowiązku szkolnego w Ameryce oraz w innych krajach, to zauważymy, że u jego podstaw leżał nie tyle błędnie umiejscowiony altruizm, co świadomy plan narzucenia całemu społeczeństwu modelu pożądanego przez establishment. Krnąbrne mniejszości miały się poddać kształtowaniu według wzorca większości. Społeczeństwu należało wpoić cnoty obywatelskie, zawsze na czele z cnotą posłuszeństwa wobec aparatu państwa. Jakże miałoby być inaczej? Skoro wszyscy mieli uczyć się w państwowych szkołach, to musiały się one stać potężnym narzędziem wdrożenia do posłuszeństwa władzom państwa”[5]. Duża rolę przymusowi szkolnemu przypisywali też religijni reformatorzy. Marcin Luter tak zwraca się do niemieckich Panów:

„Szanowni panujący. (…) Uważam, że władze cywilne mają obowiązek zmusić ludzi do posyłania swoich dzieci do szkół. (…) Jeśli rząd może zmusić obywateli zdolnych do służby wojskowej, by nosili włócznię lub strzelbę, wstępowali na mury obronne i wykonywali inne obowiązki w czasie wojny, to o ileż większe ma prawo żądać od ludzi, by posyłali swoje dzieci do szkoły. W tym bowiem przypadku toczymy wojnę z diabłem, który chce potajemnie wyjałowić nasze miasta i księstwa (…)”[6].

Jeśli weźmiemy pod uwagę odwieczny sojusz tronu i kościoła, nie dziwi zgodność autorytetów religijnych i świeckich myślicieli w kwestii wychowania. Chociaż minęły setki lat od wypowiedzi Lutra i od stworzenia przymusu szkolnego, mechanizm funkcjonowania szkół i cel ich istnienia niewiele się zmienił. Isabel Paterson wyjaśnia nam, że „W programach dla szkół publicznych nie znajdziemy wprawdzie wskazówki, by wpajać uczniom ‘filozofię państwa jako dobra nadrzędnego’. Ale każdy zależny od państwa system oświatowy prędzej czy później będzie próbował zaszczepić doktrynę o wyższości państwa – w formie wykładu o władzy monarszej pochodzącej od Boga albo władzy będącej wyrazem ‘woli ludu’ w ustroju ‘demokratycznym’”[7]. To rzuca, jak myślę, cień na państwową propagandę o konieczności istnienia publicznych szkół i obowiązku szkolnego.

Dziś unikając jawnie totalitarnego języka państwo sprzedaje społeczeństwu bajkę o sprawiedliwym dostępie wszystkich dzieci do edukacji. Wmawia się nam, że szkoła państwowa jest konieczna, aby uchronić biedniejszą część społeczeństwa przed analfabetyzmem, bo przecież z pewnością, gdyby nie istniało państwowe szkolnictwo, biedniejszych ludzi nie byłoby stać na posłanie swoich dzieci do prywatnych szkół. Przemilcza się tu zawsze kwestię pieniędzy. Skąd bowiem państwo bierze fundusze na prowadzenie publicznych szkół? Z kieszeni podatnika – a więc i biednych rodziców, których rzekomo „nie stać” na posłanie dzieci do szkoły. A jednak stać ich, aby zapłacili podatek na szkołę publiczną. Czyżby zatem państwowe szkoły były tak niesłychanie tanie w prowadzeniu w porównaniu do szkół prywatnych? Niekoniecznie, otóż, jak wskazuje Robert P. Murphy:

„rząd federalny wydaje rocznie średnio 24 606 dolarów na każdego ucznia uczęszczającego do szkoły publicznej w Waszyngtonie w dystrykcie Kolumbii. Dla porównania, szkoły prywatne w tym samym okręgu — wliczając w to jedne z najbardziej elitarnych w kraju — wydają tylko 14 534 dolary”, a więc „nawet przy dostarczaniu tak podstawowej rzeczy jak edukacja, która jest pod ciągłym nadzorem wyborców (i rodziców), administracja publiczna wydaje o 70% więcej niż sektor prywatny, osiągając te same wyniki”[8].

Nie istnieje powód, aby sądzić, że w Europie i w szczególności w Polsce stosunek kosztów między państwową, a prywatna edukacją jest znacząco odmienny. W związku z czym, można by sobie wyobrazić, że znosząc państwowe szkolnictwo można by zwrócić podatnikom podatek płacony na nie, a za te pieniądze nawet najbiedniejsi mogliby posłać swoje dzieci do prywatnych szkół.

Nawet, jeśli istnieje grupa podatników, która płaci na tyle niskie podatki, że nawet ta ulga nie pozwoliła by im opłacić prywatnej nauki ich dzieciom, nie stanowi to poważnego zagrożenia. Jak uczy nas historia, szkolnictwo doskonale radzi sobie bez państwa a różnej maści organizacje dobroczynne, kościoły czy wspaniałomyślni filantropi mogą zapewnić edukację także tym, których na nią nie stać. Co ważniejsze – finansując ją dobrowolnie, a nie będąc przymusowo opodatkowani na ten cel. Doprawdy zdumiewające jest w mentalności współczesnych społeczeństwie to, że ludzie uważają, że jest coś podłego w przyjmowaniu cudzej, dobrowolnej pomocy finansowej, a nie postrzegają za nic złego przymusowego okradania innych na ten sam cel. Kiedy zatem bogaty milioner ufunduje szkołę dla biednych dzieci, to źle, jeśli zaś państwo go opodatkuje i z tych pieniędzy zapewni edukacje biednym dzieciom w publicznych szkołach, to dobrze. Gdzie tu logika?

Nie tylko względy ekonomiczne przemawiają przeciwko przymusowi szkolnemu i państwowej edukacji. Przede wszystkim, wątpliwe jest to, czy w ogóle jest ona użyteczna dla młodych ludzi. „Trening, jaki funduje przyszłym pracownikompubliczna oświata i do którego nie dokładają się pracodawcy, jest nieefektywny i o wiele za długi. Coraz więcej jest dowodów na to, że wiedza uzyskiwana obecnie w szkołach jest w dużej mierze zbędna w późniejszej pracy.”[9] Zwraca na to uwagę  Ken Robinson, wyjaśniając, że współczesne szkolnictwo zabija w dzieciach kreatywność. Obwinia za to i za niewydolność panujący paradygmat systemu edukacyjnego – „akademizm – troska o rozwój określonych zdolności naukowych przy wyłączeniu innych i zamęt w kwestii ogólnej inteligencji.”[10] Poziom edukacji państwowej także pozostawia wiele do życzenia – „20% wszystkich dorosłych w Anglii – około 7 milionów ludzi – ma poważne problemy z podstawowymi umiejętnościami czytania, pisania i liczenia.”[11]. Per Bylund na temat publicznej edukacji w Szwecji pisze:

„Po spędzeniu dziewięciu obowiązkowych lat w szkole, 11,4% szwedzkich dzieci nie spełnia wymogów, by móc iść do szkoły średniej”[12].

Niski poziom to nie wszystko. Państwowa edukacja staje przed problemem, który jest niemożliwy do rozwiązania – stworzeniem programu nauczania odpowiedniego dla wszystkich dzieci i zadowalającego wszystkich rodziców. Urzędnik stoi na straconej pozycji.Rzecz w tym – pisze Rothbard -, że bez względu na to, jak zdecyduje, to – nawet jeśli jego decyzja zadowoli większość – zawsze pozostanie duża grupa rodziców i dzieci całkowicie pozbawionych takiej szkoły, jakiej pragną. Jeśli wybór urzędnika padnie na tradycyjne wychowanie w szkole, to stracą na tym rodzice o nowoczesnych poglądach i vice versa. Podobnie będzie w przypadku wszystkich innych istotnych decyzji. Im bardziej oświata będzie publiczna, tym bardziej rodzice i uczniowie będą pozbawieni szkół, których potrzebują, i tym częściej bezlitosna jednolitość będzie wypierać potrzeby jednostek i mniejszości.”[13] Nie jest realne, aby urzędnicy decydujący o treściach nauczania, mogli stworzyć taki program, który spełniłby oczekiwania wszystkich obywateli. Społeczeństwo nie jest jednolite, składa się z różnych grup społecznych, etnicznych i religijnych, a członkowie każdej z nich maja odmienne wartości i oczekiwania co do wiedzy i umiejętności, jakie powinna przekazać ich dzieciom szkoła. Co więcej, także w ramach tych grup występują niezliczone różnice. Ponadto dzieci różnią się, mają odmienne predyspozycje i możliwości do nauki. Państwowy system edukacyjny musi jednak być ujednolicony, przez co brutalnie wyrównuje się poziom nauczania – ze stratą dla wszystkich. Zdolniejsze dzieci muszą równać w dół, mniej zdolne skazane są na porażkę. Ujednolica się treści i program, przez co ignoruje się potrzeby mniejszości. Państwowy system szkolny to fabryka jednolitych umysłów kształtowanych wedle administracyjnej formy, to obóz służący do indoktrynacji.

Tylko prywatne szkoły oferujące różne profile i treści – jedne dla katolickich dziewcząt, inne dla dzieci libertarian, jeszcze inne dla amiszów i ortodoksyjnych Żydów i dziesiątki innych – mogą spełnić oczekiwania wszystkich grup. Na wolnym rynku prywatnej edukacji każdy mógłby posłać swoje dziecko do takiej szkoły, która jego zdaniem zapewni mu optymalną edukacje i wychowanie. To dlatego „Ci, których na to stać, zabierają swoje dzieci z publicznych szkół do sektora niezależnego.”[14] Konieczne jest także zrezygnowanie z narzucania wszystkim, prywatnym szkołom ministerialnego programu nauczania, który krępuje nauczycieli w doborze treści i form nauczania i zmusza ich do kształcenia młodych bezrozumnych ludzi, nauczonych jedynie rozwiązywać testy i pisać wypracowania pod klucz przygotowany przez ministerstwo.

Jeszcze lepszą alternatywą jest moim zdaniem nauczanie domowe, znane na zachodzie jako homeschooling. Koncepcja nauki dzieci w domu jest najbardziej intuicyjnym rozwiązaniem – wykształcenie i wychowanie młodego człowieka przez rodziców, krewnych, bliskich znajomych czy zaufanych, prywatnych guwernerów pozwala na znacznie bardziej indywidualny, dopasowany do jego rozwoju, zainteresowań i predyspozycji tok nauki, niż jakakolwiek szkoła prywatna, o państwowej nie wspominając. Jednak etatyści przekonują nas, że „wykwalifikowana kadra pedagogiczna” lepiej wykształci nasze dzieci. Jest to kompletną nieprawdą, jak przekonuje Rothbard: „(…)jest mnóstwo rodziców, którzy mają doskonałe kwalifikacje do uczenia swoich dzieci, zwłaszcza na poziomach podstawowych. Mają nawet lepsze kwalifikacje niż jakiekolwiek inne osoby, bo najlepiej znają możliwości swojego dziecka, jego tempo uczenia się i mogą dostosować tryb nauczania do indywidualnych potrzeb i zdolności każdego ucznia.”[15] Państwo niechętnie odnosi się do nauki domowej wyjętej spod rygoru biurokratycznego, co nie powinno nas dziwić. „Największym chyba bezprawiem jest panujący w większości stanów zakaz nauki domowej. Stany nie mogą uznać nauczania przez rodziców za odpowiednią ‘szkołę’”[16]. Jak pisze Rothbard, rząd federalny i poszczególne Stany robią wszystko, aby utrudnić obywatelom samodzielne uczenie i wychowywanie swoich dzieci. Posuwana się nawet do mordowania obywateli dopuszczających się tego znienawidzonego przez władzę procederu. W tym kontekście innego znaczenia nabierają słowa Janusza Korwin-Mikke, który wielokrotnie wyjaśniał, że dzieci w państwach socjalistycznych nie należą do rodziców, ale są przez państwo traktowane jako własność państwowa.

Edukacja seksualna w społeczeństwie libertariańskim

W społeczeństwie prawdziwie wolnym, upragnionym przez libertarianina, debata publiczna o „wychowaniu seksualnym” w szkole byłaby pozbawiona sensu. Nie powinno być zadaniem państwa ani społeczeństwa decydowanie o tym, czego mają się uczyć dzieci w szkołach prywatnych – bo tylko takie powinny istnieć. To szkoły decydowałyby o programie nauczania i jedne z pewnością miałyby w swojej ofercie treści edukacyjne dotyczące seksualności i rodziny, inne nie. Niektóre szkoły spośród pierwszej grupy wybrałyby program oparty na wartościach religijnych, inne oferowałyby program liberalny i laicki. Jedne uczyłyby z podręczników katolickich pisanych nawet przez księży a inne z książek opowiadających o związkach homoseksualnych i zmianie płci. Gdzieś pośród nich znalazłyby się i programy umiarkowane. W takim społeczeństwie, w którym to nie urzędnik wybiera za nas, czego będą się uczyć nasze dzieci, lecz my sami decydujemy, każdy rodzic mógłby podjąć suwerenną decyzję, do jakiej szkoły pośle swoje dziecko i czy w ogóle to zrobi. Z pewnością w wyborze tym uwzględniłby także ten punkt programu szkoły. Wolny rynek zaoferowałby zapewne jeszcze inne rozwiązania, dostosowane do potrzeb konsumentów. Szkoły mogłyby oferować modułowe programy nauczania z opcjonalnym panelem edukacji seksualnej, z którego można by zrezygnować. Nie jest jednak naszym zadaniem próba przewidywania, jakie dokładnie rozwiązania powstałyby na rynku wolnej edukacji, gdyby nie ograniczały go państwowe regulacje. Z pewnością natomiast większa wolność i brak przymusu dobrze wpłynęłyby na różnorodność i bogactwo oferty edukacyjnej także w tej – jakże kontrowersyjnej i dzielącej Polaków – kwestii.

Wychowanie seksualne – Polska

Niestety nie żyjemy w libertariańskim raju – mamy w Polsce państwową edukację, przymus szkolny i socjalistyczną mentalność. Jak w tym kontekście wygląda a jak powinna wyglądać kwestia edukacji seksualnej? Czy w ogóle taki przedmiot powinien znaleźć się w programie nauczania? Jakie treści powinien zawierać, a jakie uznać należy za szkodliwe? W wolnym społeczeństwie te wszystkie pytania były niepotrzebne – kwestie te pozostawione byłyby do prywatnego rozważenia przez jednostki i poszczególne rodziny. Jednak w ramach państwa demokratycznego, jakim niestety jest Polska, musimy zmierzyć się z istotnym problemem: dyktaturą większości. Dyktatura większości sprawia, że nie mamy szansy dokonywać indywidualnych wyborów w licznych sferach naszego życia, gdyż ograniczają nas zakazy i regulacje narzucane nam tzw. wolą większości społeczeństwa. Owa „wola większości” jest oczywiście fikcją, gdyż faktycznie decyzje podejmują urzędnicy mianowanie przez polityków. Polityków co prawda wybiera lud, ale w wyborach bierze udział mniejszość społeczeństwa. Większość z tej mniejszości (zwykle około 20% całej ludności) wybiera polityków, którzy rządzą. I to właśnie Ci politycy – wybrani przez co piątego, albo co czwartego Polaka – decydują o prawie czy o takich rzeczach, jak program nauczania w państwowych szkołach. Mamy zatem do czynienia w istocie z „dyktaturą mniejszości” – systemem jeszcze gorszym, niż dyktatura większości. W takiej sytuacji, jeżeli weźmiemy pięć przykładowych rodzin, dzieci z czterech z nich skazane są na program nauczania uchwalony przez polityka wybranego przez piątą rodzinę. Jeżeli polityk ten jest konserwatywnym katolikiem, program nauczania będzie konserwatywny, wychowania seksualnego może w nim nie być w ogóle, lub będzie oparte o ideologię religijną. Czy wszystkie rodziny w Polsce to gorliwi katolicy? Z pewnością nie. Z pewnością nie wszyscy chcieliby, aby ich dzieci uczyły się na lekcjach wychowania seksualnego o tym, że seks służy tylko do rozmnażania się a prezerwatywy to wynalazek szatana, zaś seks dla przyjemności jest niepożądany. Możemy sobie też wyobrazić odwrotną sytuację – polityk decydujący o sprawach programu nauczania pochodzi z partii lewicowej, skrajnie liberalnej. Wówczas w programie znajdą się książeczki promujące zachowania homoseksualne i nauczające o transwestytach. Czy każdy rodzic chciałby, aby jego syn lub córka uczył się o tych rzeczach w szkole? Na to pytanie też odpowiedzieć musimy przecząco. Z wolnością wyboru  zatem obecny system edukacji nie ma nic wspólnego. W związku z tym, że program edukacji seksualnej jest dla wielu rodziców nieodpowiedni, oraz poziom jej nauczania w publicznych szkołach, które zlecają te lekcje katechetom, psychologom szkolnym czy dowolnemu, wolnemu nauczycielowi bez żadnego przygotowania w tym kierunku, jest niski, cześć decyduje się zwolnić dzieci z tego przedmiotu. Można by powiedzieć, że dobrze, że mogą to zrobić. Z drugiej strony, niektórzy z nie zrezygnowali z edukacji seksualnej dla swoich dzieci, bo z założenia jej nie chcą, ale ze względu na jej niski poziom. Część dzieci uzyska wiedzę o seksualności od troskliwych i kochających rodziców, którzy będą potrafili ze swoimi pociechami o tych sprawach rozmawiać. Nie jest jednak takich rodziców szczególnie wielu. Pozostałe dzieci skazane są na edukację seksualna w oparciu o internet i kolorowe pisemka – czyli pornografię i durne porady dla nastolatków wyssane z palca przez nie wiadomo kogo. Efekt takiej „edukacji” nie będzie zbytnio zachwycający. Państwowy, wspólny dla wszystkich program szkolny prowadzi do pogorszenia stanu wiedzy z zakresu seksualności i planowania rodziny wśród polskiej młodzieży.

Czy nie należy zlikwidować lekcje „seksu”?

Być może należałoby zatem zlikwidować edukację seksualną w szkołach publicznych. Czy w ogóle w Polsce taki przedmiot jest potrzebny? Lepiej byłoby, gdyby państwo nie wtrącało się w tak intymną dziedzinę życia obywateli, jaką jest ich seksualność i nie sprzedawało dzieciom żadnego rodzaju ideologii jej dotyczącej. Jednak takie rozwiązanie byłoby optymalne tylko w wolnym społeczeństwie, w którym konsekwencje czynów i wyborów dokonywanych przez młodych ludzi, nie obciążałyby reszty społeczeństwa kosztami. Także kosztami skutków zajścia w ciążę i chorób wenerycznych. W społeczeństwie libertariańskim szpitale byłyby prywatne, tak samo system ubezpieczeń. Nieplanowana ciążą wynikająca z tzw. „wpadki” byłaby zmartwieniem jedynie niewyuczonej nastolatki, tak samo jej ewentualna choroba. Koszty jej pobytu na oddziale położniczym, utrzymania jej i dziecka, ewentualnego leczenia spoczywałyby na niej samej, ewentualnie na jej rodzinie czy ludziach dobrej woli chcących jej pomóc. W takim przypadku ani mnie, ani nikogo innego nie musi obchodzić, czy i jaka edukację seksualną odbierają dzieci w szkołach czy poza nimi. W socjalizmie niestety sytuacja wygląda zgoła odmiennie. Piętnastolatka, która z własnej głupoty zajdzie w ciążę, bo nikt nie nauczył jej, co to jest antykoncepcja, stanie się obciążeniem dla budżetu państwa (czyli dla podatników) i pozostanie nim co najmniej do momentu, kiedy jej dziecko ukończy osiemnasty rok życia. Państwo opiekuńcze jest ustrojem, które za błędy obywatela A obciąża kosztami wszystkich pozostałych obywateli B, C i D. Wszyscy oni płacą bowiem podatki. Zmuszanie innych ludzi do finansowania kosztów cudzych błędów jest nieetyczne i niedopuszczalne. Niestety w zastanej rzeczywistości, ponieważ wszyscy ponosimy koszty ekonomiczne i społeczne cudzych błędów, a więc też tych wynikających z braków w edukacji i niewłaściwej edukacji, nie możemy pozostawić tej dziedziny życia samej sobie. Jakkolwiek w wolnym społeczeństwie przymusowa edukacja seksualna byłaby niedopuszczalna, w państwie demokratycznym jest ona wskazana. Brzmi to dziwnie napisane ręka libertarianina, niestety przemawia za tym czysty pragmatyzm. Jeżeli bowiem państwo zmusza nas przemocą do ponoszenia kosztów jego lekkomyślnej polityki socjalnej, mamy prawo oczekiwać, że jednocześnie państwo to spróbuje obniżać te koszty. Jest to przewrotna logika, ale tylko taka nam pozostaje w obecnej sytuacji. Zamiast zlikwidować problem, musimy szukać okrężnych i niedoskonałych rozwiązań. Skoro niewolą nas skutki bezmyślności innych, nie możemy bezczynnie pozwolić, aby ta bezmyślność trwała w najlepsze. W związku z tym uważam, że edukacja seksualna w szkołach publicznych powinna być obowiązkowa – bez możliwości zwalniania z niej dzieci. Wolałbym móc zaufać rodzicom, gdyby zadeklarowali, że sami zadbają a przekazanie dzieciom stosownej wiedzy z zakresu seksualności, jednak zdecydowałbym się na to tylko, gdyby wszelkie skutki ich zaniedbań w tej kwestii spadały jedynie na nich i ich dzieci. Analogicznie popierałbym zniesienie przymusu zapinania pasów, ale tylko wówczas, gdyby równocześnie zniesiono publiczną służbę zdrowia i leczenie ofiar wypadków samochodowych z moich podatków. W przeciwnym razie nakaz ten jest konieczny – nie dlatego, że ludzie są durni i sami z siebie by pasów nie zapinali (zresztą nawet jeśli, to byłaby to ich prywatna sprawa) – lecz dlatego, że koszty ich ewentualnego leczenia pochodzą z cudzego portfela.

Jak powinna wyglądać edukacja seksualna?

Z wcześniejszych fragmentów wynika jasno, że głównym celem edukacji seksualnej powinno być zmniejszenie kosztów ponoszonych przez podatników w skutek niewiedzy niededukowanej w zakresie wychowania seksualnego młodzieży. Za najważniejsze uważam zatem treści dotyczące antykoncepcji. Każdy uczeń powinien zapoznać się z wiedzą o jej metodach i ich skuteczności. Każdy uczeń powinien wiedzieć kiedy dochodzi do zapłodnienia, jakie jest ryzyko związane z chorobami wenerycznymi, oraz zostać uczulony na przemoc seksualną i nauczony, że każdy przejaw takich zachowań należy bezwzględnie i bezlitośnie powstrzymać, ujawnić a napastnika ukarać. Celem edukacji seksualnej powinno być przede wszystkim zwiększenie świadomości młodych ludzi w zakresie bezpieczeństwa i skutków zachowań seksualnych. Czysto biologiczno-medyczna wiedza połączona z wykładem o nietykalności cielesnej i wolności osobistej jednostek. Taka dość praktyczna wizja edukacji seksualnej spotkać się może z zarzutem „dehumanizacji” tych tematów i pozbawienia ich pierwiastka wychowawczego. Młodzi ludzie traktuja bowiem często seks lekkomyślnie, jako zabawę, atrakcję, zakazany owoc, sposób na sprawdzenie się, udowodnienie rówieśnikom że jest się dorosłym, albo oważnym, czy po prostu jako sport bądź wyzwanie. Takie traktowanie seksu może być dla młodych ludzi krzywdzące, szkodliwie wpłynąć na całe ich późniejsze życie seksualne i uczuciowe, oraz jest po prostu niebezpieczne. Angażowanie się w przygodne kontakty seksualne, zabawy erotyczne wśród rówieśników i traktowanie własnego ciała jako towaru rodzi nie tylko wątpliwości moralne, ale także obawy przed wykorzystywaniem seksualnym, szantażem czy skutkami zdrowotnymi i psychicznymi. Niewątpliwie zatem seksualność to coś więcej, niż tylko kwestia pigułek, testów ciążowych i prezerwatyw/. Stąd ważne pytanie: czy edukacja seksualna nie powinna zadbać także o ten bardziej emocjonalny i społeczny aspekt zagadnienia? Czy jest rolą szkoły zajmować się tymi kwestiami? Pouczać młodych ludzi czym jest miłość, bliskość, więź między dwojgiem ludzi? Tłumaczyć, czym jest akt seksualny w kontekście takich uczuć? Czy urzędnik państwowy powinien zajmować się kształtowaniem światopoglądu młodego pokolenia i starać się kształtować je wedle jakiegokolwiek modelu filozoficznego czy zgodnie z moralnością świecka bądź religijna? Choć większość z nas zgodzi się, że seks nie powinien być sprzedawany młodzieży jako kolejny „towar”, „rozrywka” czy „atrakcja” i ważne jest uświadomienie im, że powinien wiązać się on z uczuciem, świadomym wyborem i że odbycie z drugą osobą aktu seksualnego jest poważną decyzją mającą ważne konsekwencje czasem dla całego dalszego życia danej osoby, to nie jestem przekonany, aby upoważniało nas to do cedowania zadania takiej edukacji na pracowników państwowych instytucji. Wolałbym, aby wychowaniem dzieci zajęli się ich najbliżsi i to oni nauczyli je czym są relacje międzyludzkie i miłość i jakie miejsce w tym wszystkim zajmuje seks. Jest to moim zdaniem ten punkt, w którym państwowa ingerencja w światopogląd dzieci nie powinna wkraczać. Uważam co więcej, że jeżeli środowisko rodzinne nie wychowa młodego człowieka w tych kwestiach, szkolne wysiłki tak czy inaczej będą skazane na niepowodzenia – niezależnie od tego, jak kompetentni będą pedagodzy mający prowadzić zajęcia z „seksu”.

Jaka edukacja seksualna być NIE powinna

Nie wolno poddawać jej ideologii – ani lewicowej, ani prawicowej, ani ateistycznej i antyklerykalnej, ani religijnej. Ludzkie plemniki i komórki jajowe – o które się rozchodzi – nie posiadają poglądów ani wierzeń. Ideologia, polityka ani moralność ich nie dotyczy. Dotyczy ich za to biologia i medycyna i to one powinny być meritum szkolnej edukacji seksualnej. Bezpieczeństwo, świadomość i wolność jednostki – to jedyne, dopuszczalne cele państwowej edukacji w tym zakresie. W związku z tym za wyjątkowo szkodliwe uważam indoktrynowanie młodzieży treściami z dowolnego spektrum przekonań. Nie dopuszczalne jest zarówno przemycanie na te lekcje „wartości chrześcijańskich”, jak i propagandy neoliberalnej, w tym zwłaszcza treści promowanych przez ruch LGBT. Jeżeli chodzi o kościół i jego nauczanie w zakresie seksualności i rodziny – zawiera wiele niebezpiecznych, radykalnych elementów, z potępieniem seksu nie prowadzącego do prokreacji włącznie. Uczenie dzieci, że antykoncepcja jest zła byłoby zaprzeczeniem sensu i celu edukacji seksualnej – równie dobrze mogłoby jej wówczas nie być w ogóle. Jeżeli chodzi o naukę o homoseksualizmie w szkole – uważam ją za kwestię upolitycznioną i przesadnie rozdmuchaną. Z pewnością niedopuszczalne jest jakiekolwiek promowanie homoseksualizmu – tak, jak nie wyobrażam sobie promowania fetyszyzmu czy sadomasochizmu. Czy lekcje o homoseksualizmie są potrzebne? Nie sądzę. Jedyne, co jest bowiem rolą państwowej szkoły, to nauczyć dzieci stosować antykoncepcję i wbić im do głowy, że nikt nie może ich seksualnie napastować ani dręczyć, ani one nie maja prawa tego robić. Wszelkie inne – pozbawione przemocy – zjawiska seksualne, więc także homoseksualizm, są prywatną sprawą jednostek i nic do tego państwu.

Podsumowanie

Powyższe postulaty dalekie są od stanu idealnego, gdyż autor zdaje sobie sprawę z ograniczenia, jakim jest obecny kształt edukacji. Obywatele zniewoleni są państwowym dyktatem w zakresie sposobu i treści edukacji, co jest nieuniknionym skutkiem demokracji – ustroju za nic mającego wolność jednostki i narzucającego wszystkim zdanie mniejszości aktualnie znajdującej się u władzy. Niestety tak długo, jak będziemy zniewoleni przez ten szkodliwy system, postulaty owe wydają mi się optymalne ze względu na pragnienie minimalizacji kosztów społecznych będących skutkiem marnej wiedzy i niskiej świadomości młodzieży w zakresie seksualności.

 Część druga dyskusji na ten temat

W związku z druzgoczącą krytyką tego tekstu, napisałem drugi tekst będący sprostowaniem i samokrytyką mojego stanowiska na ten temat pt.: „Samokrytyka libertarianina: dlaczego w publicznych szkołach nie potrzeba edukacji seksualnej?”


[1] Murray Newton Rothbard, Manifest libertariański, Instytut Ludwiga Misesa, 2004, str. 81.

[2] Konstytucja Rzeczypospolitej Polskiej, artykuł 70, punkt 1.

[3] Tamże, str. 81.

[4] Tamże, str. 81.

[5] Tamże, str. 74.

[6] Tamże, str. 74.

[7] Isabel Paterson, The God of the Machine (New York: G. P. Putnam, 1943), s. 257–258.

[8] Robert P. Murphy, Koszt państwa, Instytut Misesa. http://mises.pl/blog/2011/02/09/murphy-koszt-panstwa/

[9] M.N.Rothbard, 2004, str. 81.

[10] Ken Robinson, Oblicza Umysłu. Ucząc się kreatywności, Wydawnictwo Element, Kraków 2010, str. 18.

[11] Tamże, str. 18.

[12] Per Bylund, Przerażające efekty szkolnictwa publicznego, http://liberalis.pl/2007/08/30/per-bylund-przerazajace-efekty-szkolnictwa-publicznego/

[13] M.N.Rothbard, 2004, str. 77.

[14] Ken Robinson, 2010, str. 28.

[15] M.N.Rothbard, 2004, str. 82.

[16] Tamże, str. 82.

Reklamy

9 odpowiedzi na „Okiem libertarianina: dlaczego w państwowych szkołach potrzebne jest wychowanie seksualne?

  1. Igen pisze:

    Istotnie brzmi to dziwnie jak na libertarianina. Z jednej strony

    przyznajesz, że przymusowa edukacja jest szkodliwa, a z drugiej godzisz

    się na przymus, niby z powodów pragmatycznych – że piętnastolatka i jej

    dziecko żyłyby na Twój rachunek. Bzdura, jedynie co otrzyma to tysiąc

    złotych becikowego – to raz. Ostatecznie matkę i dziecko i tak

    utrzymują jej partner bądź rodzice, ewentualnie jeśli kobieta była

    zatrudniona, otrzyma tzw. zasiłek macierzyński przez, zdaje się, 5

    miesięcy (który otrzymuje zresztą każda zarabiająca wcześniej kobieta,

    bez względu na to, czy ciąża była wynikiem braku edukacji, czy

    planowana). Druga kwestia samych lekcji edukacji seksualnej –

    przyznajesz, że rodzice lepiej przygotują dzieci do dorosłego życia a

    mimo to zgadzasz się na przymus? Skąd wiesz, ilu rodziców naprawdę

    rozmawia o tym z dziećmi? Nawet jeśli niewielu, tak jak piszesz – może

    niektórzy z nich uważają, że nie będą z dziećmi na ten temat rozmawiać

    bo wierzą w ich naturalny rozwój poprzez zapewnienie im spokojnego

    domu, miłości i czasu. Mogą sobie nie życzyć by ich dzieci uczyły się o

    tym w szkole, zwłaszcza, jak sam przyznajesz, lekcje tego wychowania

    mogą być prowadzone przez osoby, które wg rodziców się do tego nie

    nadają – choćby dlatego że mają odmienne od rodziców poglądy. Po

    trzecie, nie uważam, by „edukacja seksulana” istotnie powodowała

    mniejszą ilość niechcianych ciąż. Musimy przyznać, że takie lekcje

    rozbudzą jednak w dziecku pewną ciekawość; poza tym, należało by

    nastolatki raczej zachęcać do abstynencji seksualnej w pierwszej

    kolejności, a nie do „zabezpieczania się”, nie zapominajmy o tym, że

    nie ma stuprocentowej ochrony przed ciążą. Jeszcze jedno – nie wydaje

    mi się, żeby nastolatki były na tyle odpowiedzialne by sięgać po

    zabezpieczenie; chodzi mi o to, że jak ktoś jest odpowiedzialny to

    zachowa abstynencję bądź zabezpieczy się bez zachęcania do tego, a

    jeśli ktoś nie jest, to i będąc „wyedukowany” zapomni o zabezpieczeniu

    na pierwszej lepszej imprezie.

    Podsumowując – wątpię, by edukacja seksualna była potrzebna aby

    nastolatki dowiedziały się o antykoncepcji – bez przesady, sam

    przyznajesz, że jest dla nich dostępnych wiele źródeł na ten temat i

    chyba każdy nastolatek przez tą szeroką „publiczną debatę” dobrze wie

    jakie są środki antykoncepcyjne i gdzie można je dostać. Choćby były to

    źródła typu durne kolorowe gazetki to i tak każdy zaciekawiony

    nastolatek poszuka informacji gdzie indziej by zweryfikować to co

    przeczytał. Zresztą, pewnie sięgnie do dodatkowych źródeł i tak –

    niezależnie od tego czy uczęszcza na lekcje wych. seks. czy nie.

    Zresztą, nie wierzę, że lekkomyślny nastolatek dzięki tym lekcjom

    przestanie angażować się w przygodne kontakty seksualne. Państwowa

    szkoła ma uczyć moralności? Myślę też że żaden nawet najlepszy

    wykładowca nie przekaże dzieciom czym jest akt seksualny w kontekście

    uczuć. Powtórzę tutaj, że w tej kwestii najlepszy jest naturalny rozwój

    .Sam retorycznie pytasz, czy urzędnik powinien zajmować się

    kształtowaniem światopoglądu młodych ludzi?

    Jeśli mimo wszystko nadal uważasz, że w takiej sytuacji podatnik B, C i

    D płaci za błędy A – ok, jest w tym trochę prawdy, ale dlaczego – jako

    libertarianin – próbujesz naprawić sytuację przymusową edukacją, która,

    jak wykazałam, nie pomaga, a może nawet i szkodzi? Może w obecnym

    ustroju nie ma szans na całkowite urynkowienie szkolnictwa, co

    oczywiście byłoby najlepsze, ale to nie znaczy, że należy w tym samym

    systemie szukać rozwiązań. Oddajmy rodzicom jak najwięcej wolności,

    tyle na ile się da w tym socjalistycznym bastionie.

    A o zapłodnieniu i chorobach uczymy się na biologii.

    „Jedyne, co jest bowiem rolą państwowej szkoły, to nauczyć dzieci

    stosować antykoncepcję i wbić im do głowy, że nikt nie może ich

    seksualnie napastować ani dręczyć, ani one nie maja prawa tego robić”.

    Nie wierzę że to pisze libertarianin;) Naprawdę uważasz, że trzeba to

    robić właśnie w szkole? Przyznałeś przecież, że lekcje może prowadzić

    ktoś z kogo poglądami się jak rodzic nie zgadzasz, a ten ktoś może

    swoje poglądy do lekcji wychowania „przemycać”. Zgadzam się oczywiście

    z Tobą w punkcie, jakie wychowanie seksulane NIE powinno być, że mamy

    uczyć dzieci tylko o zapłodnieniu, antykoncepcji i ich prawach

    dotyczących wolności osobistej.

    Czy naprawdę do tego potrzebujemy przymusowej edukacji? Uargumentowałam

    swoje stanowisko wyżej, dodam tylko, że w takim razie zaproponujmy

    przymusowe „lekcje samoobrony”, „wyboru dobrego dentysty”, edukację

    drogową”, „grzyboznawstwo” bo przecież głupi obywatel przez swoją niewiedzę zostanie napadnięty, ulegnie wypadkowi któremu mógł przeciwdziałać albo zachoruje i będzie leczony z Twoich podatków.

    Tak więc edukacja seksualna tak, ale dla chętnych.

    • rafaltrabski pisze:

      Cóż, jak zastrzegłem na końcu, obecny system społeczny jest beznadziejny i należy go znieść i radykalnie zreformować. Niestety żyjemy w realiach odmiennych od tych upragnionych.

      Celnie mnie atakujesz. Zauważasz, że mimo libertariańskich przekonań zauważywszy, że „państwowa edukacja jest szkodliwa” i tak „godzę się na przymus” i „próbuje naprawiać sytuację przymusową edukacją”.

      Ale ja sytuację szkodliwą – gdzie indoktrynację ideologiczną katechetów tudzież lewicowych podręczników do „seksu” – chcę zamienić na parę zaledwie godzin o antykoncepcji, fizjologii człowieka i zdrowiu. Uważam, że taka wersja byłaby „nieszkodliwa”, a w niektórych przypadkach byłaby „pomocna”. O ile opowieści katechety o piekle za seks albo książka o wyuzdanym seksie dwóch facetów jest szkodliwa dla młodzieży, to nie może im moim zdaniem zagrozić odrobina wiedzy o prezerwatywie czy pigułkach.

      Uważasz, że dzieci wiedzą o antykoncepcji i nie jest to powodem „niechcianych ciąż”. Twoim zdaniem są nieodpowiedzialne i dlatego się nie zabezpieczają? Na pewno jest masa nieodpowiedzialnej młodzieży, masz rację. Im lekcje o prezerwatywach nie pomogą. Ale i nie zaszkodzą. Na nieodpowiedzialność młodzieży szkoła może nic nie zaradzi, zgadzam się.

      Ale to nie jest jedyna przyczyna problemu! Ja sądzę, że niektórzy nastolatkowie jednak o antykoncepcji nie wiedzą (stąd listy do kolorowych pisemek z pytaniami w stylu „czy można zajść w ciąże wchodząc do basenu?”). I to uświadomienie takich młodych ludzi ma być celem edukacji seksualnej.

      Piszesz, że edukacja seksualna rozbudza ciekawość młodzieży. Cóż, trudno mi ocenić, na ile to robi sama edukacja, a na ile jest to skutkiem tego „naturalnego rozwoju”, któremu chcesz wszystko pozostawić. Młodzi ludzie angażowali się w zachowania seksualne także zanim powstał taki przedmiot w szkole, bo seks jest w kulturze i mediach i wszędzie niezwykle rozpowszechniony. Z reszta hormony działają niezależnie od tego, jakie przedmioty są w szkole. Uruchamia je proces dojrzewania, a nie szkoła. Czy lekcje edukacji seksualnej dodatkowo zwiększą popęd? Może masz rację, ale może tak jest w przypadku lekcji jakie obecnie są w szkołach – kiedy czerwony ze wstydu ksiądz nie wie jak opowiadać o stosunku a strony o antykoncepcji każe pominąć. Jakoś nie wyobrażam sobie jednak, aby pozbawione większych emocji wyjaśnienie jak działają tabletki antykoncepcyjne czy kondom miały mieć aż taki rozbudzający żądzę wpływ.

      „Przyznałeś przecież, że lekcje może prowadzić ktoś z kogo poglądami się jak rodzic nie zgadzasz, a ten ktoś może swoje poglądy do lekcji wychowania “przemycać””

      Niestety – czynnika ludzkiego nie da się wyeliminować. To tak samo jak z tymi nieodpowiedzialnymi nastolatkami. To jest kwestia otwarta, jak wielu nauczycieli będzie przemycało propagandę i czy szkody przez nich wywoływane będą większe, niż korzyść z lekcji prowadzonych przez innych – uczciwych – nauczycieli. Wszystko zależy jak wiele dzieci jest – tak jak ja uważam – nieświadomych w zakresie antykoncepcji i taka wiedza by im pomogła. Nie rozstrzygniemy tego teoretycznie a priori. Wymagałoby to badań empirycznych 😉

      „Państwowa szkoła ma uczyć moralności? Myślę też że żaden nawet najlepszy wykładowca nie przekaże dzieciom czym jest akt seksualny w kontekście uczuć. Powtórzę tutaj, że w tej kwestii najlepszy jest naturalny rozwój.”

      Zgadzam się. To dokładnie napisałem! Zobacz: „Choć większość z nas zgodzi się, że seks nie powinien być sprzedawany młodzieży jako kolejny „towar”, „rozrywka” czy „atrakcja” i ważne jest uświadomienie im, że powinien wiązać się on z uczuciem, świadomym wyborem i że odbycie z drugą osobą aktu seksualnego jest poważną decyzją mającą ważne konsekwencje czasem dla całego dalszego życia danej osoby, to nie jestem przekonany, aby upoważniało nas to do cedowania zadania takiej edukacji na pracowników państwowych instytucji. Wolałbym, aby wychowaniem dzieci zajęli się ich najbliżsi i to oni nauczyli je czym są relacje międzyludzkie i miłość i jakie miejsce w tym wszystkim zajmuje seks.” – jak widzisz kwestię moralności i uczuć zostawiam temu, co Ty określasz mianem „naturalnego rozwoju”.

      „Zgadzam się oczywiście z Tobą w punkcie, jakie wychowanie seksulane NIE powinno być, że mamy uczyć dzieci tylko o zapłodnieniu, antykoncepcji i ich prawach dotyczących wolności osobistej. Czy naprawdę do tego potrzebujemy przymusowej edukacji?”

      Tak, jak Ty, wolałbym nie mieszać do tego państwa. Jednak wydaje mi się, że nie jest krzywdzeniem dzieci powiedzenie im o prezerwatywach, miesiączce itp. przez nauczyciela, aby upewnić się, że te dzieci, którym rodzice tego nie opowiedzą, będą to jednak wiedziały. Wiesz, gdybyśmy żyli w libertariańskim społeczeństwie, to jak dla mnie rodzice mogliby nawet uczyć swoje dzieci czegokolwiek (poza kształceniem morderców itp.) , bądź nie uczyć niczego. Koszty takich decyzji ponieśliby tylko oni i – niestety – ich dzieci. Jednak – uparcie wrócę do tych społecznych kosztów – w społeczeństwie socjalistycznym to Ty i ja ponosimy w pewnej części cenę błędów wychowawczych obcych nam ludzi. A skoro ktoś każe mi płacić za jego błędy, to czuję się uprawniony minimalizować te błędy w swojej samoobronie. Nawet za pomocą aparatu państwa – on te koszty przerzuca na mnie też przy jego użyciu. Zobacz:

      W zasadzie jedyne, co napisałaś i drastycznie się z Tobą nie zgodzę to Twoje wyliczenia. Piszesz, że koszty podatnika dla takiej młodej matki to tylko 1000 zł becikowego i zasiłek macierzyński – być może w przypadku niektórych matek tak będzie. A co z tymi, które pójdą do Pomocy Społecznej ubiegać się o zasiłek (matce z dzieckiem do 18 roku życia bez dochodu przysługuje taki automatycznie bez żadnego „ale”). Badania prenatalne oraz pobyt na oddziale położniczym tez kosztują podatnika – oczywiście o ile taka młodociana nie dostanie pieniędzy od tatusia żeby pójść do prywatnego szpitala, a w warunkach polskich niewiele takich rodzin jest. Policzmy: 12x18x444zł = 95 904 zł. Do tego dojść może jakiś tam zasiłek celowy na węgiel, ubrania itp.), dodatek mieszkaniowy itp. Grube dziesiątki tysięcy złotych. Jasne – nie wszyscy to wezmą, ale pomyślmy, ile 15-letnich matek ukończy dobra szkołę i znajdzie dobra pracę i sama będzie utrzymywać siebie i dziecko? Jesli skończywszy 16 lat (ustawowa granica pracy) podejmie pracę, to gdzie ja podejmie? W Mc’Donalds w najlepszym razie. Dostanie 1300 zł. Niejedna wybierze zamiast tego życie na państwowym garnuszku. Niestety.

      „zaproponujmy przymusowe “lekcje samoobrony”, “wyboru dobrego dentysty”, edukację drogową”, “grzyboznawstwo” bo przecież głupi obywatel przez swoją niewiedzę zostanie napadnięty, ulegnie wypadkowi któremu mógł przeciwdziałać albo zachoruje i będzie leczony z Twoich podatków.”

      Masz rację, ale większość z tych rzeczy już mamy – lekcje przysposobienia obronnego w szkołach, natomiast „edukacja drogowa” to nic innego, jak państwowy kurs i egzamin na prawo jazdy. Ten poziom przymusowej nauki państwo już wprowadziło. Co do „wyboru dobrego dentysty” to prywatyzacja rynku usług dentystycznych na szczęście załatwiła sprawę.

      W zasadzie załatwiłaś mnie tym „grzyboznawstwem”! :D:D:D

      Może troszkę utylitarnie zatem spróbuję się jeszcze bronić postulując, że korzyści ze zmuszenia aby każde dziecko wysłuchało tych paru lekcji na temat antykoncepcji i zdrowia będą większe, niż straty. Aczkolwiek – to apriporyczne założenie może być błędne. Być może koszty tych pary godzin edukacji seksualnej będą większe nawet, niż tych kilkuset niechcianych ciąż wśród nastolatek. Tylko znowu – brakuje nam empirii, operujemy wciąż tylko na poziomie teoretycznym niestety :/

      W każdym razie – masz rację, jako libertarianin wykazałem się błędem etatystycznym i przyznaję to. Zróbmy już wreszcie po prostu libertariański zamach stanu, moja droga i tyle 😉

      • Igen pisze:

        Faktycznie jeśli chodzi o wyliczenia ekonomiczne muszę przyznać że nie przemyślałam sprawy i pominęłam wiele, choćby te zasiłki. Istotnie wiele to kosztuje podatnika, ale myślę że jest to temat do dyskusji o ubezpieczeniach społecznych a nie edukacji seksualnej. Nie sądzę żeby tych kilka lekcji sprawiło że będzie o tyle niechcianych ciąż by zdecydowanie zmniejszyły się wydatki budżetowe na pobyt w szpitalu, zasiłki itp. Zgodzę się natomiast by dorzucić do edukacji informacje o antykoncepcji (różnego rodzaju!), ale to można zrobić na biologii przy okazji rozmnażania człowieka. Zatem ostatecznie nie przekonałeś mnie do przymusowych lekcji edukacji seksualnej.

      • rafaltrabski pisze:

        Fakt – lepiej zlikwidować państwowy social niż dokładać państwowych kompetencji i rozszerzać przymus szkolny. Masz rację. Chyba wpadłem w pułapkę utylitaryzmu niechcący 😦 Z tą biologią to jest zdecydowanie lepsze rozwiązanie, niż dodatkowa edukacja seksualna!

      • A mnie to już nie przyznasz racji? 😛 😉

  2. O młody rozczarowanie więcej wiary w ludzi! Za dużo ekonomizowania z tymi kosztami przenoszonymi na innych w społeczeństwie. Twoja edukacja seksualna to tez koszty ponoszone przez wszystkich każdego podatnika to kosztuje jego ciężkie pieniądze. Sam piszesz że państwo marnuje 70% pieniędzy na szkolnictwo a chcesz dokładać więcej przedmiotów? Nonsens. Tak jak pisze Igen daj więcej wolności ludziom a nie stajesz po stronie państwa które jak piszesz służy do okradania jednych obywateli przez innych – wstyd mi za Ciebie że chcesz być jednym z tych okradających i na koszt innych fundować szkolna edukacje seksualną! Bzdura bezsensu kompletnie. Początek tekstu świetny i prawdziwy cała prawda o szkole ujawniona ale już druga połowa niekonsekwencja i brak cytowania z literatury gdzie książki zapodziały się? Etatyzm nie wiem czy Ci się tu udzielił ale na pewno za dużo byś chciał na siłę naprawiać i to złą metodą. Państwo nie jest rozwiązaniem jest przyczyna zła. Skoro piszesz że publiczna służba zdrowia obciąża Cię kosztami cudzej ciąży co jest prawdziwe to postuluj prywatyzacje służby zdrowia a nie przymus edukacji seksualnej. Źle sie ku temu zabrałeś!

    • rafaltrabski pisze:

      Zgadza się, właściwie zwracasz uwagę na to samo, co Iga – trzeba demontować państwo a nie starać się je naprawiać czy ulepszać. Nie można przecież naprawiać błędów etatyzmu jeszcze większą ilością etatyzmu. Co do książek – cóż, druga cześć tekstu była moja opinią, a nie z literatury. Teraz widzę, że druga część nieco przeczy pierwszej :-/ Rozumiejąc ogólną zasadę nie zastosowałem jej poprawnie co do szczegółu :-/

  3. M. pisze:

    A ja się zgadzam prawie z wszystkim:)Idea wolności prywatnych szkół.Jak byłoby pięknie jak Państwo nie kazałoby mi oddawać większości moich zarobionych pieniędzy ,które mogłabym przeznaczyć na „świadomą” naukę moich dzieci. Zastanawia mnie tylko jedno, czy jakby każdy człowiek mógł być w pełni wolny, nie musiałby pomagać ludziom chorym, niewyuczonym, tym którym spotkał zwykły pech to czy wokół nie byłoby więcej obojętności niż powietrza? Dziś musimy pomagać tym nastoletnim mamom, które „wpadły” a gdybyśmy mieli wybór to byśmy pomagali? Czy nie odezwałaby się w Nas siła ” A NIE MÓWIŁEM/AM? MASZ BABO PLACEK. NAWAŻYŁAŚ PIWO WIĘC JE WYPIJ”? A jest jeszcze kwestia tzw.pecha. Dziś mam 24 lata i dajmy na to ,że mam małe dziecko. Pracuję od kilku lat-legalnie od 5. Przez te 5 lat nie zarobiłam majątku, zatem odłożone mam kilkaset złotych na święta…Gdyby jutro coś mi się stało co spowodowałoby ,że nie byłoby mnie stać na szkołę dla mojego dziecka, na codzienne życie. Byłabym niezdolna do pracy… Co wtedy? Co dzieje się z takimi ludźmi w „libertariańskim raju”?

    P.S
    Czytam tego bloga dopiero od wczoraj ,od najstarszego wpisu do aktualnych i jeżeli gdzieś już zamieściłeś odpowiedzi na moje pytania to po prostu nie odpowiadaj na nie. Sama dojdę do odpowiedzi:)Potrzebuję tylko więcej kawy i ciastek:)

  4. I am sure this post has touched all the internet users,
    its really really good paragraph on building up new weblog.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s