Czy Korwin ma rację co do demokracji?

demokracja

—-
Wersja audio: tutaj.
—-
Wielu libertarian krytykuje z całych sił demokrację – rozumiem ich, gdyż sam nią pogardzam. Jest to system, w którym ja, bezdzietny kawaler, mam wpływ na to jak mój sasiad, rodzinny człowiek, ma wychowywać swoje dzieci, a on może decydować przykładowo o tym, czy wolno mi posiadać broń do obrony własnej – to oczywisty absurd. Każdy powinien decydować tylko o sobie samym i o nikim innym.

„Nieograniczona demokracja, podobnie, jak oligarchia, jest tyranią rozpostartą nad wielką liczbą ludzi.”

Arystoteles

Jednakże jest również absurdem wzywanie do gradualnego ograniczania demokracji poprzez wykluczanie z udziału w wyborach poszczególnych grup społecznych. Nie jest to, wbrew pozorom, wcale metoda na „poprawianie” demokracji ani tym bardziej jej „osłabianie”. Sugeruje się często, że gdyby głosowały tylko „elity”, wyniki głosowania byłyby „lepsze” – kimkolwiek miałyby być te „elity”, cokolwiek miałoby oznaczać to „lepsze” i dla kogo lepsze? Chęć czynnego udziału w demokratycznych wyborach wynika z pewnej upiornej, ale jednak logiki. Logika ta wiąże sie bezpośrednio z rozrostem państwa i stopniowym obejmowaniem przez nie swoim zasięgiem coraz szerszych mas ludzkich i coraz liczniejszych dziedzin życia. Gdy w XVII wieku przeciętny człowiek prawie nie miał kontaktu z „władzą” – król mieszkał gdzieś daleko w stolicy, urzędnika widziało się bardzo rzadko, a większość spraw załatwiano prywatnie, nie było powodu aby ktokolwiek chciał mieć jakikolwiek wpływ na postępowanie władzy. Rząd, król, państwo, były czymś odległym, salonową zabawą arystokratów. Zabawa ta w niewielkim stopniu dotyczyła zwykłych ludzi, więc zwykli ludzie spokojnie mogli ją zignorować. Gdy jednak współczesne państwo obejmuje swoim zasięgiem wszystkich i wszystko, gdy nawet najbiedniejszy człowiek bezustannie styka się z biurokracją a jego życie staje się sprawą zainteresowania polityków, kwestią państwową – to i on przejawia zrozumiałą skłonność do zainteresowania się władzą. Gdy demokraci głosują o wszystkich i o wszystkim, a odbiera sie ludziom prawo do samodzielnego decydowania o własnym życiu – zmuszeni są oni niejako do włączania sie w ten demokratyczny proces. Niezależnie od tego, jak nikły wpływ na ostateczny przebieg danego głosowania czy referendum ma pojedynczy obywatel, nie ma nic zdrożnego w tym, że skoro głosowanie to poddaje pod decyzję ogółu także jego własny los, to chce on także głosować. Odbieranie mu tego prawa nie tylko nie osłabi demokracji samej w sobie, gdyż mniejsza liczba głosujących nie unieważnia przeprowadzonych wyborów, ale też zepchnie pozbawionych prawa wyborczego do roli „przedmiotu” głosowania, do roli pełnych niewolników znajdujących się na łasce tych, którzy mogą głosować. Jedynym logicznym i w pełni moralnym rozwiązaniem byłoby ograniczenie prawa wyborczego przy jednoczesnym ograniczeniu wpływu państwa (a więc i wyborów) na życie i własność zeń wykluczonych. Jeżeli ktoś nie może głosować, to nie wolno też głosować o nim i narzucać mu woli głosujących. Głosować możesz tylko o losie swoim i – co wynika z immanentnej wady systemu demokratycznego – o losie innych głosujących.Tak więc przeciwnicy demokracji powinni sprzeciwiać się nie samemu głosowaniu w pierwszej kolejności, lecz przede wszystkim interwencji państwa w życie ludzi. Śmiem twierdzić nawet, że wycofanie wpływu państwa z życia wielu doprowadzi do tego, że sami chętnie wyrzekną się potrzeby głosowania i prawa do niego, niczym dawny chłop z prowincji, którego nie obchodziły spory arystokratów i ministrów królewskich dotyczące spraw stolicy i dworu królewskiego.