A co, jeśli socjaliści mają rację?

Dyskusja z socjalistami, i w ogóle, z wszelkiej maści etatystami i interwencjonistami, przeciwnikami wolnego rynku i liberalizmu, nie ma sensu, przynajmniej na poziomie argumentacji merytorycznej. Z góry odrzucają oni wszelkie argumenty ekonomiczne i negują wartość wolności osobistej człowieka odwołując się do nadrzędnej ich zdaniem wrażliwości społecznej, idei solidarności, równości i sprowadzają dyskusję do oskarżenia nas – zwolenników wolności – o moralny kanibalizm, niewrażliwość, egoizm, uwielbienie mamony, czy nawet darwinizm społeczny. Mógłbym oczywiście napisać, dlaczego nie mają racji i czemu ich oskarżenia są na ogół bezpodstawnym wyrazem strachu i zawiści wobec ludzi nie obawiających się wolności, ale naszło mnie niedawno olśnienie.

Co mianowicie, jeśli socjaliści nie mylą się, ale wręcz przeciwnie, mają rację w swych najogólniejszych, najbardziej fundamentalnych założeniach odnośnie natury ludzkiej?

Otóż właśnie doszedłem do wniosku, że socjaliści rację mają.

Ideologia mówiąca, że powszechna szczęśliwość zapanuje dopiero, gdy społeczeństwo poddane zostanie szczegółowej, państwowej kontroli i ludzie będą nieustannie nadzorowani, doglądani i ochraniani przez wszechwładne, wszechobecne p0aństwo opiekuńcze (a przy tym policyjne), opiera się na nie zawsze wyrażonym explicite założeniu co do natury ludzkiej. Założenie to jest wyjątkowo ponure, bowiem socjaliści postulując kolektywizm, redystrybucję i państwową kontrolę nad wszelkimi dziedzinami życia przyjmują, że zwykli ludzie, indywidualne jednostki nie są zdolne same zadbać o te dziedziny. Ludzie nie są zdolni odpowiednio zadbać o swoje pieniądze, bezpieczeństwo, o swoją edukację, drogi, o dobrobyt swych najbliższych, o swoją pracę, ani czas wolny. We wszystkich tych dziedzinach musi ich za rączkę prowadzić wielki brat pilnujący, aby nie wyrządzili sobie krzywdy. Co gorsza, musi on jeszcze pilnować, aby ludzie nie wyrządzili przy okazji – umyślnie lub celowo – szkody innym osobom. Mamy więc dwa, fundamentalne założenia implicite co do natury ludzkiej:

a) Ludzie są z natury nieudolni, słabi, bezproduktywni, nieostrożni, nieracjonalni – jednym słowem: głupi.

b) Ludzie są dla siebie nawzajem wrogami, szkodzą sobie wzajemnie w nieustającej walce o przetrwanie, w nieprzerwanym konflikcie interesów. Homo homini lupus.

Jeśli poczyni się takie założenia co do natury ludzkiej, nietrudno dojść do ponurego wniosku, że społeczeństwo, aby przetrwać i rozwijać się, potrzebuje silnej kontroli z zewnątrz, państwa, które będzie dbało, aby głupi ludzie nie szkodzili samym sobie, a źli ludzie nie szkodzili głupim ludziom. Jeśli ludzkość faktycznie napiętnowana jest takimi przywarami, przywodzącymi na myśl piętno grzechu pierworodnego, to istotnie, bez ingerencji oświeconych nadzorców, dobrych opiekunów i strażników prawości i bezpieczeństwa, szybko popadłaby w stan totalnej zapaści. Zapanowałby chaos, przestępczość, nędza i powszechny wyzysk. Tylko istnienie grupy nadludzi, którzy potrafią stanąć ponad małostkowymi konfliktami społecznymi i rozwiązywać je w sposób sprawiedliwy, oraz czuwać nad każdym głupim obywatelem, może ocalić ludzkość przed niechybnym upadkiem.

Państwo wydawać by się mogło idealnym kandydatem na takiego supermana ludzkości. Wyposażone w aparat policyjny i administracyjny, wcementowane w społeczeństwo wielowiekową tradycją i usprawiedliwione rzekomo obowiązującym wszystkich kontraktem społecznym, powinno być znakomitym kandydatem na takiego zbawcę i strażnika ludzkości.

Socjaliści, albo szerzej rzecz ujmując, wrogowie wolności, nie dostrzegają jednak (albo świadomie ignorują) jeden mankament państwa, który automatycznie wyklucza go z roli wspaniałego opiekuna ludzkości, sprawia, że należy państwo odrzucić, tak, jak socjaliści odrzucają wszelkie wady ludzkie, które chcieliby za pomocą tego państwa zwalczać. Tym mankamentem jest mianowicie to, że państwo nie jest żadnym niematerialnym, magicznym bytem, żadną organizacją pozaziemskich, idealnych istot lub aniołów, które wyzbyte są wad i posiadają wszechwiedzę równą boskiej. Wręcz przeciwnie – państwo to organizacja złożona z członków rekrutujących się spośród tych samych głupich i złych ludzi, których ma pilnować i którymi ma się opiekować. Przypomnijmy sobie teraz dwa ukryte założenia socjalistów na temat natury ludzkiej i przełóżmy je na naturę urzędniczą:

a) Urzędnicy są z natury nieudolni, słabi, bezproduktywni, nieostrożni, nieracjonalni – jednym słowem: głupi.

b) Urzędnicy są dla ludzi wrogami, szkodzą im w nieustającej walce o przetrwanie, w nieprzerwanym konflikcie interesów. Homo homini lupus.

W rzeczywistości sytuacja ma się jeszcze gorzej, ale zajmę się tym w dalszej części tekstu. Teraz wystarczy, że zauważymy tylko, że urzędnicy państwowi nie są lepsi, mądrzejsi, ani doskonalsi od zwykłych ludzi, którymi mają rządzić. Jest to wniosek oczywisty i myślę, że akceptowalny nawet dla etatysty.

Już w tym momencie widzimy, że pomysł, aby kolektywna organizacja państwowa dysponująca terytorialnym monopolem na użycie przemocy i stanowienie prawa mogła uleczyć wszystkie bolączki społeczne i gospodarcze, wydaje się co najmniej naciągany, podobnie jak postulat, aby ślepy wyjaśniał głuchemu co to są kolory.

Tak czy inaczej musimy uczciwie przyjrzeć się samym założeniom co do natury ludzkiej, które stoją u podstaw postulatów istnienia silnego państwa opiekuńczego interweniującego w życie obywateli na każdym kroku. Jeśli bowiem same założenia są poprawne i wyciągamy z nich poprawne wnioski, to postulat narzucania ludziom nieustannej kontroli wielkiego brata i zmuszania ich do korzystania z jego opieki jest słuszny, a jedynie należałoby zastanowić się jak udoskonalić państwo, aby mogło należycie sprawować swoja funkcję. Wówczas cała ideologia wolności mogłaby być uznana za fanaberię szaleńców pokroju libertarian i innej maści egoistycznych socjopatów. Szczerze mówiąc, nie czuję się socjopatą, ani szaleńcem, więc obrona stanowiska wolnościowego wydaje mi się łatwa, jednak wielu z nas może ulec oskarżeniom socjalistów i innych interwencjonistów, że jesteśmy niewrażliwi na nędzę, wykluczenie społeczne i inne bolączki współczesnego społeczeństwa.

Mógłbym teraz zacząć wykazywać, że wcale tak nie jest, pisać o prywatnej działalności dobroczynnej, fundacjach i stowarzyszeniach wzajemnej pomocy, stowarzyszeniach ubezpieczeń wzajemnych i innych społecznych organizacjach, które świetnie radziły sobie na wolnym rynku, o tym, że tzw. problem gapowicza jest fikcyjnym problemem,m który nie uzasadnia istnienia państwowego monopolu w żadnej dziedzinie itp. Ale wolę tym razem zająć się stricte tymi dwoma założeniami co do natury ludzkiej, które stoją u podstaw postawy interwencjonistycznej, które pchają socjalistów w objęcia państwa opiekuńczego i które są z gruntu błędne.

Ludzie są głupi

Założenie, że ludzie są nieudolni, bezmyślni, nieostrożni, niezapobiegawczy i dlatego potrzebują nadzorcy i opiekuna, który zadba i ich interesy zamiast nich, jest równoznaczne ze stwierdzeniem, że ludzie nigdy nie wyrastają z okresu dziecięcego. Być może nie jest to doskonała analogia, mogłaby ona tez urazić wielu nastolatków, którzy z pewnością radzą sobie sami w życiu znacznie lepiej, niż niejeden dorosły socjalista żyjący na garnuszku państwa opiekuńczego, ale wszyscy wiemy przynajmniej dobrze o co chodzi. Problem z założeniami co do natury ludzkiej jest przede wszystkim problemem natury ilościowej – uogólnienie jakiejś obserwacji społecznej, np. że niektórzy ludzie są nieodpowiedzialni i lekkomyślni – do wniosku o całym gatunku ludzkim, jest może bardzo wygodne dla inżyniera społecznego, który chciałby znaleźć rozwiązanie dla wszystkich takie samo, ale jest rażąco niepoprawnym sposobem wnioskowania. Dla socjalistów po prostu świat byłby prostszy, gdyby mogli uznać, że ponieważ wszyscy jesteśmy głupi i nieodpowiedzialni – albo przynajmniej rzekoma „większość z nas” taka jest – to potrzebujemy silnego państwa opiekuńczego, które o nas zadba. Albo zadba o to, żeby odebrać fundusze i wolność tym zaradnym i silnym jednostkom, by pomóc tym głupim i niezaradnym. Nie chcę tu wdawać się w dyskusje o etycznych aspektach odbierania jednym, aby dawać drugim, bo tutaj sprawa jest prosta i nie wymaga wyjaśniania że czarne nie jest białe. Wracając jednak do założenia o głupocie i nieodpowiedzialności, chciałbym przyjrzeć się tylko niektórym przykładom  będącym argumentami wrogów wolności w dyskusji o państwie i jego roli.

Pierwszym będzie przykład, który pozwolę sobie zaczerpnąć z audycji Jana Fijora z Kontestacji, który to przykład dotyczył alkoholików. Nie chodzi tu teraz o roztrząsanie kwestii, czy należy alkoholikom pomagać czy nie – bo to problem etyczny wykraczający chwilowo poza ramy moich dzisiejszych rozważań. Chodzi tylko o samo stwierdzenie, czy alkoholik zapijający się codziennie jest głupi i czy postępuje irracjonalnie, czy nie. Tym też zajmował się Jan Fijor i Ci, którzy słuchali tej audycji, mogą od razu przejść do następnego przykładu aby nie tracić czasu, bo wnioski, do jakich tu dojdziemy już znają, zna je też każdy, kto czytał Ludzkie Działanie Misesa, bo na nim swoje rozważania opierał Jan FIjor. Alkoholik pozornie postępuje nielogicznie, z perspektywy osób trzecich jest nieracjonalny i działa ku własnej zgubie – dla każdego jest oczywiste, że nie powinien pić. Jest to jednak postrzeganie ignorujące całkowicie motywacje alkoholika i dlatego musimy odpowiedzieć sobie na pytanie: co kieruje postępowaniem człowieka? Jaki jest aksjomat ludzkiego działania? W dużym skrócie można powiedzieć, że ludzie działają zawsze, nawet, kiedy nie podejmują żadnych działań – powstrzymanie się od działania jest tu, w sensie teorii, także działaniem. Przykładowo powstrzymanie się od wypicia kolejnego drinka na imprezie jest działaniem mającym jakiś cel, np. szybsze i mniej bolesne wytrzeźwienie. Ale jaki jest ogólnie cel ludzkiego działania? Mises wyjaśnia, że jest nim zawsze poprawa aktualnego stanu jednostki, a ściślej, jej satysfakcji – przejście ze stanu mniej satysfakcjonującego, do stanu bardziej satysfakcjonującego. Bardzo ważne jest też ustalenie, że to dana jednostka indywidualnie decyduje, co przynosi jej satysfakcję i co ceni sobie najbardziej. Dlatego dla obserwatora zewnętrznego, postępowanie jednostki może wydawać się nieracjonalne lub nawet szkodliwe – nie zna on bowiem jej motywów ani wartościowań, które przypisuje ona do różnych sytuacji. Jak ma się to do zapijającego się alkoholika? Alkoholik nie pije po to, aby się otruć, aby rzygać nad ranem, aby mieć potwornego kaca, ani w celu pozbycia się wszelkich oszczędności – nie jest jego celem pogorszenie swego stanu zdrowia ani roztrwonienie majątku. Alkohol musi przynosić mu po prostu tyle satysfakcji, a ściślej efekty jego sp[ożywania, że przewyższają one – w jego indywidualnym mniemaniu – wszystkie koszty i niekorzystne skutki picia.7. Analogicznie będzie też z przykładami wielu innych używek – najlepszym oczywiście będzie tytoń. Nałogowi palacze zdają sobie na ogół sprawę z negatywnych skutków zdrowotnych palenia papierosów, doskonale też wiedzą, ile pieniędzy dziennie, tygodniowo, miesięcznie czy w ciągu roku „spalają” z dymem, który wdychają do płuc. Jednak wybierają palenie, dlaczego? Oczywiście jakiś znikomy odsetek osobowości autodestrukcyjnych, ludzi pragnących cierpieć i popełnić długie i bolesne samobójstwo pewnie się wśród nich znajdzie, ale większość palaczy po prostu bardziej ceni sobie przyjemność palenia papierosów, niż alternatywne korzyści z niepalenia – lepsze zdrowie czy zaoszczędzone pieniądze. Innymi słowy ludzie, którzy dla jednych postępują całkowicie bezsensownie i działają nawet na swoją szkodę, w rzeczywistości postępują całkowicie logicznie i dla własnej – indywidualnie rozumianej – korzyści.

Drugim, jakże często wymienianym przykładem na tępotę i niezaradność ludzi, a przez to konieczność objęcia nad nimi opieki przez państwo opiekuńcze, są ubezpieczenia. Zwolennicy państwa w szczególności bronią państwowego przymusu ubezpieczeniowego i podatków pobieranych na jego finansowanie, zwanych oględnie i myląco „składkami”. Socjalista zawsze powie, że „gdyby nie było przymusowego państwowego systemu ubezpieczeń, to ludzie nie odkładaliby na swoją emeryturę i na starość zostawaliby bez dochodu”. Panuje tutaj po pierwsze totalne pomieszanie przyczyn i skutków w próbie wyjaśnienia sytuacji. Obrońcy państwa opiekuńczego uważają, że dlatego powstały państwowe systemy ubezpieczeń, że ludzie są głupi i sami z siebie nie gromadzą oszczędności bezmyślnie ignorując przyszłość. Owszem, takie jednostki na pewno się zdarzały, zdarzają i będą zdarzać – nie przeczę, że niektórzy ludzie tak robią. Ale stwierdzenie, że ten problem dotyczy wszystkich jest absurdem. Absurd ten narodzić się może tylko w głowie obserwatora, który próbuje wyciągać wnioski bez właściwego zrozumienia panujących wokół niego warunków. Przyglądając się postępowaniu ludzi, socjalista dojdzie dziś zapewne do wniosku, że większość ludzi faktycznie nie gromadzi żadnych funduszy na zabezpieczenie swojej starości. Czy wynika to jednak stąd, że nikogo starość nie obchodzi? Że pogodzili się z tym, że wraz z odejściem z życia zawodowego umrą z głodu? Bynajmniej – takie wyjaśnienie jest groteskowe i chyba nikt nie potraktuje go poważnie. Powód musi leżeć gdzieś indziej. Powód jak poprzednio leży w ludzkim działaniu i jego motywach, oraz w, niestety, czynnikach ekonomicznych, do których, mimo chęci uniknięcia tego w tym tekście, będę musiał się odnieść. Po pierwsze jednak aksjomat ludzkiego działania mówi nam, że jednostki robią w danej chwili zawsze to, co wydaje im się najlepsze. Musimy tu wspomnieć o preferencji czasowej, która jest kluczowa do wyjaśnienia, dlaczego ktoś może „przejadać” swój dochód, zamiast odkładać go na przyszłość. W istocie działanie preferencji czasowej jest tu powiązane a może raczej zniekształcane przez interwencje państwa w życie obywatela, co zaraz wyjaśnię. Rozważając sprawę po kolei musimy jednak zacząć od uzmysłowienia sobie, że człowiek, mając pewne ograniczone zasoby, będzie zawsze, ceteris paribus, wolał przeznaczyć je na bieżącą konsumpcję, niż na konsumpcje przyszłą. Wynika to stąd, że konsumpcja bieżąca jest pewniejsza, jest też bardziej „niezbędna” z perspektywy przetrwania – najpierw muszę najeść się dziś, a dopiero potem będę martwił się, co włożę do garnka jutro, nie mówiąc o perspektywie dwudziestu lat. Jeśli zrobię odwrotnie i zamiast najeść się dziś, odłożę pieniądze na konto, aby za dwadzieścia lat kupić jedzenie, umrę i nie doczekam tej przyszłej konsumpcji. Dodatkowo przyszła konsumpcja jest obarczona ryzykiem niepewności, czyli po prostu nie wiem, czy zaoszczędzone środki – w tym przypadku część pieniędzy z zarobków – nie zostaną mi zabrane, nie stracą na wartości, albo czy w ogóle będzie co za nie kupić. To są, z grubsza rzecz ujmując, dwa główne powody, dla których człowiek woli skonsumować swój dochód, niż oszczędzać go na bliżej nieokreśloną i nienamacalną przyszłość. Nie ma w takim postępowaniu nic nielogicznego, mimo, że na dłuższą metę takie zachowanie może przynieść jednostce szkodę, a nawet doprowadzić ją do zguby. Jest to mimo wszystko zachowanie sensowniejsze, niż oszczędzanie na przyszłość i śmierć głodowa w teraźniejszości. To jednak tylko niepełny, schematyczny obraz rzeczywistych motywacji kierujących „głupimi” ludźmi, którzy nie kwapią się do odkładania części dochodu na przyszłe emerytury. Bez lewiatana, który zabiera im prawie trzy czwarte ich zarobków w postaci podatków (w tym tzw. składek na ubezpieczenia społeczne), obraz jest niepełny. Gdy uwzględnimy, że ludzie są zapewniani przez państwo opiekuńcze, że to ono zadba o ich spokojny byt materialny na starość, oraz weżniemy pod uwagę, że ludziom tym pozostawia się zaledwie ćwierć ich ciężko zarobionych pieniędzy do ich dyspozycji, trudno dziwić się, że wolą przeznaczać te nędzne ochłapy na bieżącą konsumpcję, zamiast gromadzić je na funduszach emerytalnych. Inne decyzje dotyczące dystrybucji swego strumienia dochodów będzie podejmować osoba mogąca dysponować 4 tysiącami złotych miesięcznie, a inne decyzje podejmie ktoś, komu zostaje tysiąc złotych, co jest nieuchronnym wnioskiem, jaki wyciągniemy z lekcji o preferencji czasowej. Mając cztery tysiące, po wydaniu trzech i pół na bieżące wydatki, można pomyśleć o odłożeniu pozostałych 500 zł na fundusz emerytalny. Mając tysiąc złotych, ledwie wiążemy koniec z końcem w bieżącym miesiącu i to oddanie połowy tej sumy jakiemuś funduszowi emerytalnemu byłoby objawem głupoty, a nie na odwrót.

Ale zdaję sobie sprawę, że socjaliści na powyższy wywód odpowiedzieliby coś następującego: „nawet, gdyby ludzie zarabiali więcej i państwo nie zabierałoby im ich pieniędzy w podatkach, to i tak nikt by nie odkładał na starość, bo ludzie są lekkomyślni, dlatego państwo musi zabierać im pieniądze, aby zadbać o ich emeryturę”. Zresztą to dotyczy też pozostałych ubezpieczeń społecznych. Cóż, nie zamierzam się spierać, w końcu na samym początku tekstu napisałem, że socjaliści mogą mieć rację – więc trzymajmy się tego. Ludzie są głupi. Na razie tyle w tej kwestii, przejdźmy do założenia numer dwa.

Ludzie są źli

Na udowodnienie tej tezy socjaliści i inni apologeci państwa znajdą tysiące przykładów. Nie brakuje na świecie przejawów przestępczości, wszelkiej niegodziwości – morderstw, kradzieży, gwałtów czy oszustw. Wszędzie króluje w dodatku znienawidzony przez socjalistów egoizm i żądza pieniądza, które zabijają ducha społecznej solidarności i wspólnoty, dławią wrażliwość na krzywdę bliźniego i zmieniają ludzi w bezdusznych homo economicus. Można by uznać, że nie warto nawet ani chwili zastanawiać się nad tym założeniem – musi być ono bezwzględnie prawdziwe i jego podważanie świadczyłoby o indolencji umysłowej osobnika próbującego to zrobić. A jednak cywilizacja jakoś dotrwała do tego momentu. I co prawda etatyści krzykną chórem, że stało się tak tylko dlatego, że dobrotliwi i mądrzy władcy, królowie, prezydenci i parlamenty uchroniły ludzkość od wzajemnego pozjadania się. Tylko dzięki państwu opiekuńczo-policyjnemu i jego zdobyczom takim, jak zasiłki i podatek progresywny udało się ocalić społeczeństwo od totalnego zezwierzęcenia (nie obrażając zwierząt), od dzikiego bestialstwa, kanibalizmu społecznego. Być może, choć chciałbym jednak wspomnieć, że zasadniczo procedery przestępcze zawsze stanowiły we wszystkich społeczeństwach odstępstwo od normy i były zwalczane i potępiane – i to nie dlatego, że tak uchwalili politycy i przypieczętowała to państwowa ustawa, lecz dlatego, że ludzkość od zawsze zdawała sobie sprawę, że metoda zdobywania środków do życia oparta na przemocy i oszustwie jest jedynie pasożytnictwem. Pasożytów zawsze się zwalcza – z różną skutecznością, a państwowe organa ścigania wcale nie wykazują się z natury większa skutecznością ani zaangażowaniem niż prywatne. Co więcej, państwowe monopole na przemoc mające rzekomo na celu chronić społeczeństwo przed bandytami i oszustami, stały się z biegiem historii najgorszymi, bo powszechnie akceptowanymi i wszechwładnymi, formami bandyctwa.

Spotykamy się tu znowu z problemem urzędnika, czy szerzej, sługi państwa, który nie jest jakimś aniołem z innego świata, lecz zwykłym człowiekiem. Ludzie wybierają różne sposoby na życie – zdecydowana większość uczciwie zarabia na swoje utrzymanie, wykonując prace pożyteczną dla innych ludzi. Dawniej wielu ludzi pracowało po prostu na siebie samych hodując zwierzęta i uprawiając rośliny, a potem zjadając owoce natury, które w ten sposób otrzymali. Dziś dominuje jednak model, w którym większość ludzi może utrzymać się przy życiu dzięki wykonywaniu jakiejś pracy nie związanej bezpośrednio z wytwarzaniem najbardziej podstawowych dóbr niezbędnych do egzystencji. Niegdyś prawie wszyscy uprawiali zboże i hodowali zwierzęta. Dziś te rzeczy robi znikomy procent społeczeństwa, a większość z nas robi miliony innych, czasem abstrakcyjnych zajęć, aby zdobyć środki do życia, takich, jak malowanie obrazów, uczenie innych ludzi, produkcja sprzętu elektronicznego, projektowanie mostów lub wydobywanie diamentów w kopalni. Jest też grupa ludzi, która historycznie zawsze stanowiła zdecydowaną mniejszość, która wybiera drogę zdobywania środków do życia opartą na przemocy i oszustwie. Są to złodzieje, rabusie, bandyci i mafiozi. Pasożytują oni na uczciwych ludziach odbierając im oszustwem, przemocą lub groźbą jej użycia część ich dóbr – dziś są to najczęściej pieniądze. W każdym społeczeństwie pewien procent ludzi zdecyduje się na objęcie tej drogi życia. Jednak stanowią oni mniejszość, wbrew temu, w co wierzą piewcy państwa. Co więcej, niemożliwością jest, aby stanowili oni większość społeczeństwa, bowiem w takim wypadku utrzymujące ich ofiary nie byłyby zdolne po prostu udźwignąć ciężaru wyprodukowania wystarczającej liczby dóbr aby zaspokoić potrzeby swoje i pasożytów. Jest więc logicznie (i ekonomicznie) niemożliwe, aby w społeczeństwie zapanowała powszechna bandycka anarchia i utrzymała się przez dłuższy czas. Wbrew najgorszym domniemaniom wrogów wolności, ludzie rozumieją, że stan nieustannej wojny pomiędzy bandytami, oraz stan nieustannego wyzysku przez bandytów jest nie do utrzymania. Wiedzą o tym i uczciwi ludzi i bandyci, którzy sami starają się, w miarę możliwości, unikać konfrontacji i ograniczać swoje własne ryzyko związane z przestępczą działalnością. Ryzyko to jednak zawsze będzie występować, o ile bandyci są nadal uznawani za bandytów. I tutaj dochodzimy do sedna sprawy.

Przestępczy proceder, jednak rozumiany tutaj przeze mnie w sposób libertariański, w wolnym społeczeństwie wiąże się z ogromnym ryzykiem. Zanim wyjaśnię naturę tego ryzyka, muszę jeszcze szybko objaśnić, co to znaczy „przestępczość rozumiana na sposób libertariański”. Jest ona bowiem zupełnie czym innym, niż przestępczość dla etatystów i socjalistów. Zwłaszcza dla tych pierwszych, przestępcą jest każdy, kto po postu narusza przepisy prawa ustalone przez państwowy monopol. Wystarczy że prawodawca zakaże czegoś – czegokolwiek – i dla etatysty naruszenie tego zakazu jest przestępstwem (lub wykroczeniem, co nie ma jednak znaczenia dla istoty poruszanej tutaj kwestii). Libertariańskie ujęcie sprawy jest znacznie węższe i właściwie nie ma tu mowy o „przestępstwie”, co o wyrządzeniu szkody innej osoby lub jej własności. Libertarianie na ogół chcą potępiać, karać i ścigać, jedynie te działania, które wywołują czyjąś krzywdę lub uszkodzenie cudzego mienia. Przede wszystkim chodzi o przemoc, dewastację cudzego mienia i jego kradzież. Oczywiście w prywatnym porządku prawnym, gdzie prywatni właściciele mogą decydować o prawie obowiązującym w obrębie ich własności, karane mogą być też inne rzeczy, ale nie to jest tematem tego tekstu. Przechodząc do meritum, przestępcze procedery wiążą się zawsze z ryzykiem – ryzyko ponoszone przez złodzieja czy rabusia to bezpośrednia obrona poszkodowanego, lub odwet z jego strony, a nawet ze strony sąsiadów, czy całej społeczności. Bandyci zasadniczo są narażeni w mniejszym, lub większym stopniu na odwet i skutki obrony ze strony swych „ofiar” i innych, praworządnych osób. Dlatego robią wszystko, aby ich bandycki proceder był jak najbardziej powszechny, ale nie w tym sensie, że uprawiany przez wszystkich, lecz w innym – akceptowany przez wszystkich.

Do pewnego stopnia tak postępują organizacje mafijne, wśród których najlepszym przykładem może być japońska yakuza. W niektórych japońskich restauracjach wystawiane są nawet tabliczki z uprzejma prośbą do członków yakuzy, aby nie obnosili się ze swoimi tatuażami.

Bandyta może próbować siłą zmusić zwykłych ludzi do posłuszeństwa – ale wówczas narażony jest na ich odwet, na to, że wieśniacy zgromadzą się w grupie, której sam nie da rady i zatłuką go motykami. Wieśniacy mogą też po prostu wynająć innego bandytę z sąsiedniej wioski, aby en go zlikwidował. Sąsiedni bandyta może też sam zechcieć „przejąć wpływy” w jego strefie. Dlatego w interesie bandyty jest albo życie na marginesie społeczeństwa, szkodzenie ale nie na tyle, aby ruszyło przeciw niemu pospolite ruszenie. Może też obrać strategię inną – przekonać wieśniaków, że to, że zabiera im czasem owce albo worek żyta jest dla nich dobre. Może zaproponować im na przykład ochronę. I tak zaczęła się właśnie historia państwa. Bandyci mogli nawet sami wywodzić się z wieśniaków, choć niektórzy utrzymują, że ludy które panowały we wczesnej historii to raczej ludy nomadyczne i pasterskie. Tak czy inaczej państwo rodzi się w umyśle  bandziora, a nie dobrodusznego zbawcy i anioła pragnącego dbać o społeczeństwo. Państwo to nie wspaniały wynalazek zaprojektowany aby uchronić ludzkość od zguby, lecz sposób bandytów – najcwańszych i najsilniejszych – na zapewnienie sobie monopolu i kontroli. Jeśli jeden bandyta zyska przychylność wieśniaków, od razu zdystansuje wszystkich innych bandytów. Musi tylko mieć akceptację ze strony swych ofiar.

Akceptacja społeczna dla organizacji przestępczej jest możliwa do osiągnięcia, a mistrzostwo w tym osiągnęła najbardziej rozpowszechniona grupa złodziei w historii świata. Chodzi oczywiście o państwo. Państwo spełnia kryteria grupy przestępczej: utrzymuje się z odbieranych przymusowo swym ofiarom środków, oraz stosuje przemoc wobec swych ofiar oraz toczy walki z innymi państwami. Jest przy tym powszechnie akceptowane, gdyż w zamian za bezwzględne posłuszeństwo i monopol na stosowanie przemocy obiecuje stosować ją tylko wobec mniejszych grup przestępczych – mafii, gangów, pospolitych kryminalistów. Tyle teoria, w praktyce przemoc państwowa równie często co kryminalistów, dotyczy ludzi, którzy w ogóle nie powinni być jej ofiarami – przede wszystkim tych, którzy z „ochrony” państwowej mafii wcale korzystać nie chcą, a nazywani są „oszustami podatkowymi”. To tak, jakby sycylijska mafia nazwała niepokornych sklepikarzy nie chcących płacić haraczu „oszustami podatkowymi”. Oczywiście państwo jest nieco łagodniejsze na ogół od mniejszych grup kryminalnych – musi być na ogół łagodniejsze, bo inaczej nie mogłoby utrzymywać iluzji bycia „mniejszym złem” niż anarchia – musi przejawiać się jako gang lepszy. Dlatego państwo rości sobie pretensje do kontrolowania i dbania o możliwie jak najwięcej aspektów życia ludzkiego – chce budować drogi, publiczną służbę zdrowia, system emerytalny – bo w przeciwnym wypadku ludzie nie chcieliby oddawać pasożytom swoich pieniędzy. Mamy tu więc bandytę, który nie tylko obiecał wieśniakom, że da po łbie innym, mniejszym bandytom, ale też obiecał im, że zwróci im worki po życie i kości po owcach, które dają mu w formie haraczu. A durni wieśniacy uznali, że na tym zyskują, mimo, że przedtem worki i kości należały do nich i nikt im ich nie musiał „dawać”.

Analogicznie jest z państwem, które obiecuje, że „zapewni”| nam opiekę zdrowotną, ubezpieczenia czy drogi, a ludzie wierzą w to, naiwnie zakładając, że gdyby nie było państwa, to tych rzeczy by nie mieli. Oczywiście argument „kto zbudowałby drogi?” wyciągany na obronę państwa został już tysiące razy obalony i nie zamierzam się tu nim zajmować, wypłynął tylko mimochodem.

Aby nieco to na koniec uporządkować i podsumować, wrócę wreszcie do tego, co poruszyłem na samym początku tekstu. Słudzy państwa, to ludzie nie tylko wcale nie lepsi od zwykłych obywateli – jest jeszcze gorzej. Skoro państwo to organizm bandycki, oparty na oszustwie, przymusie i przemocy, to jego słudzy to niestety osobnicy najgorsi ze społeczeństwa. Socjaliści mają rację – ludzie są źli – a na pewno pewna ich część jest zła, skłonna do czynienia zła i ta właśnie część stworzyła gangi najdoskonalsze – państwa. Jedyne gangi, których członkowie żyją z haraczu pobieranego od innych obywateli i nie są za to ścigani. Oczywiście wielu – może nawet większość tych członków nie postrzega siebie jako bandytów. Wręcz przeciwnie – wierzą oni, że pełnia ważna i potrzebną służbę na rzecz społeczeństwa. Ci, którzy służą w aparacie przemocy wierzą, że walczą z prawdziwymi przestępcami i złoczyńcami – co niekiedy faktycznie zdarza im się robić – a nie widzą siebie jako zwyczajnych zakapiorów na usługach szefów gangu – rządu czy króla. Podobnie społeczeństwo mamione bredniami o umowie społecznej, powinnościach społecznych i tym podobnymi historyjkami nie widzi niczego niezwykłego w tym, że niewielka banda licząca parę procent ludności żyje sobie na koszt całej reszty niczym gangsterzy utrzymywani z haraczów.

Tak, w jednym socjaliści mają rację – ludzie są głupi. Ale są głupi bo dali się potwornie oszukać ludziom złym – sługom państwa.

Jedna odpowiedź na „A co, jeśli socjaliści mają rację?

  1. Pingback: A co jeśli socjaliści mają rację? | ANTISTATE

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s