Czy można ukraść zawartość śmietnika?

W internecie krąży news opisujący historię ubogiej staruszki opiekującej się synem chorym na padaczkę, która włamała się do śmietnika przy hipermarkecie i ukradła z niego przeterminowaną żywność. Wytropiono ją dzięki monitoringowi i ma jej teraz rzekomo grozić nawet do 10 lat więzienia.  Wielu ludzi współczuje staruszce i zastanawia się, czy ukaranie jej ma cokolwiek wspólnego ze sprawiedliwością. Co ciekawe, nawet niektórzy libertarianie – tradycyjnie uważani za bezkompromisowych obrońców praw własności – dają się nabrać na retorykę współczucia i zapominają, na czym oparte są zasady współżycia społecznego w filozofii przez nich wyznawanej.

Tak na przykład sytuację skomentował Jacek Sierpiński:

Okazuje się, że zabranie przeterminowanej żywności wyrzuconej na śmietnik to kradzież. A jeśli urwie się przy tym kłódkę, to nawet kradzież z włamaniem. I wtedy nawet jeśli wartość tych rzeczy jest niższa od 1/4 wynagrodzenia minimalnego (swoją drogą, jak można wycenić wartość śmieci tego typu – przecież przeterminowanej żywności się nie skupuje?), to jest to przestępstwo, a nie tylko wykroczenie. Nieważne, że dla właściciela, czyli sklepu, te odpady są bezwartościowe, w praktyce już podjął czynności zmierzające do ich porzucenia, zabranie ich nie wpływa na wysokość płaconych przez niego opłat, a gminie ułatwia to nawet utrzymanie maksymalnej dozwolonej ustawowo masy odpadów komunalnych ulegających biodegradacji. Kradzież to kradzież i jest ścigana z urzędu. Nawet, gdyby śmietnik był bez kłódki.[1]

Wygląda na to, że nastąpiło więc gigantyczne pomieszanie pojęć a wmieszanie w to wszystko zwykłych, ludzkich emocji, nie pomaga wcale zrozumieć, co tu się na prawdę wydarzyło. Rozumiem, że Jackowi może być przykro, że w XXI wieku w jednym z najbogatszych krajów świata, staruszka może być „zmuszona” do grzebania po śmietnikach, niemniej nie usprawiedliwia to podważania praw własności ani obrony złodziei.

Co to jest kradzież?

Z kradzieżą mamy do czynienia – i tutaj libertariańskie rozumienie tego terminu nie odbiega od powszechnie przyjętego rozumienia – w sytuacji, gdy osoba A przywłaszcza sobie bez pozwolenia mienie należące do osoby B (a zwykle też bez wiedzy B). 

Co to jest włamanie?

Włamanie to wtargnięcie na cudzy teren bez zgody tej osoby (i najczęściej także bez jej wiedzy). Dla libertarian włamanie, jako naruszenie cudzego prawa własności, nie różni się co do istoty od kradzieży. Polska praktyka orzecznicza kładzie nacisk na „pokonywanie zabezpieczeń”, czyli zamków, kłódek, skobli i innych barier mających chronić własność przed dostępem osób trzecich[2]

Co to jest śmieć?

Jacek Sierpiński twierdzi, że staruszka zabrała rzeczy „wyrzucone”, a więc śmieci. Powszechnie występująca w społeczeństwie intuicja podpowiada, że przedmioty wyrzucone na śmietnik nie są już ich (byłemu) właścicielowi potrzebne – dlatego przecież je wyrzuca!

Niemniej jednak większość z nas nie montuje na „śmietnikach” kłódek[3]. Jeśli ktoś zamontował na pojemniku kłódkę i ją zamknął, wydaje się to wyraźnym sygnałem skierowanym do otoczenia: „To jest zamknięta kłódka. Zamknąłem ten pojemnik, bo nie chcę, aby ktokolwiek do niego zaglądał, ani cokolwiek z niego wyciągał„. Kłódka na bramie, drzwiach sklepu czy furtce na czyjś ogród również informuje nas, że właściciel nie życzy sobie, aby osoby trzecie przedostawały się na ogrodzony teren.

Jest to zrozumiałe, gdyż nie każdy śmieć jest od razu zasobem niczyim, a dzieje się tak z wielu przyczyn. Po pierwsze, niekiedy śmieci mają nadal pewną wartość. Można je sprzedać, przetworzyć, kiedy indziej zaś istnieje nawet taki prawny obowiązek. Tak więc nikt nie traktuje odpadów z reaktora atomowego jako pospolitych śmieci, ani tym bardziej jako zasobów niczyich. Są one niebezpieczne z wielu powodów[4].

Jednak w praktyce nie interesują nas powody, dla których właściciel nie udostępnia innym produkowanych przez siebie odpadów i nie pozwala im dowolnie ich przywłaszczać. Istotne jest tylko to, że nie przestał być ich właścicielem i nadal to on sprawuje kontrolę i może wykluczać innych z dysponowania nimi. Ale czy hipermarket na pewno nadal był właścicielem przeterminowanej żywności w kontenerze?

Jak dobro staje się zasobem niczyim?

Czy rzeczy wyrzucone do kontenera zamkniętego na kłódkę stają się automatycznie zasobami niczyimi? Jak napisałem powyżej, obecność zamkniętej kłódki sugeruje, że nie. Jacek Sierpiński najwyraźniej twierdzi inaczej, uważając, że właściciel sklepu „już podjął czynności zmierzające do ich porzucenia”. Czy to jednak wystarczy? Co trzeba zrobić, aby rzecz była „wyrzucona” a zatem niczyja? Czy wystarczy podjąć jakieś czynności zmierzające do jej wyrzucenia? Jeśli tak, to jakie? Czy wystarczy pomyśleć o wyrzuceniu czegoś, aby przestać być właścicielem tego czegoś? A może trzeba zrobić coś więcej? Poczytajmy, co ma ma do powiedzenia na temat porzucania własności wybitny teoretyk libertarianizmu, Walter Block:

Aby skutecznie pozbyć się własności i opuścić swoją nieruchomość musisz wykonać dwa kroki: pierwszym jest poinformowanie innych o tym, że pozbywasz się jej, a drugim jest usunięcie wszelkich barier mogących uniemożliwić innym dokonanie ponownego zawłaszczenia (…) Jeśli nie spełnisz tych dwóch wymogów, nie można powiedzieć, że skutecznie pozbyłeś się swojej własności[5].

Skoro skuteczne pozbycie się własności wymaga powiadomienia innych i usunięcia barier uniemożliwiających innym ludziom ponowne jej zawłaszczenie, to obecność zamkniętej kłódki z pewnością oznacza, że zawartość zamkniętego śmietnika nie stanowi zasoby niczyjego. Jeśli nie jest to zasób niczyj, to musi do kogoś należeć, musi posiadać właściciela. Trzeciej opcji po prostu nie ma. Jeśli komuś wyjaśnienie to wyda się zbyt abstrakcyjne, Walter Block służy też bardziej dosłownym przykładem:

Przypuśćmy, że zostawiasz swój stary sweter w szafie i nigdy więcej go nie włożysz. Jednak nie przekazałeś go lokalnej organizacji dobroczynnej, ani go nie sprzedałeś, ani nie uczyniłeś z nim nic innego. Czy naprawdę porzuciłeś ten sweter? Wcale tego nie zrobiłeś. Nadal jesteś jego właścicielem, jednak tymczasowo, w tej chwili albo nawet do końca życia go nie użyjesz. Jednym słowem, nie pozbyłeś się go skutecznie[6].

Gdyby zatem hipermarket wyrzucał przeterminowaną własność do otwartego kontenera ustawionego w miejscu publicznym (tj. dostępnym oficjalnie dla osób postronnych, przykładowo na parkingu przed sklepem) sprawa byłaby jasna: „bierzcie i jedzcie z tego wszyscy”. Skoro jednak składował odpadki w ogrodzonym i zamkniętym kłódką śmietniku, komunikat był zgoła odmienny: „Nie ruszać, to nie wasze!”.

Czy wartość skradzionych dóbr ma znaczenie?

I tak i nie.

Jacek Sierpiński poczynił dziwaczną uwagę odnosząca się do rzekomej, zerowej wartości odpadów dla hipermarketu. Po pierwsze, trudno powiedzieć, na jakiej podstawie rości on sobie prawo do wypowiadania się w imieniu innych osób odnośnie dokonywanej przez nie wyceny wartości jakichś dóbr (lub odpadów). Sam zresztą podaje w swoim wpisie informację, która wskazuje na potencjalna wartość, jaką może mieć dla sklepu kontener pełen przeterminowanej żywności, pisze bowiem:

A czemu sklep nie udostępnia przeterminowanej żywności, by biedni mogli sobie ją zabrać? Pewnie dlatego, że byłoby to „wprowadzanie jej na rynek” w rozumieniu unijnego rozporządzenia 178/2002, a za to grozi grzywna.[7]

Skoro z niewywiązania się z obowiązku utylizacji przeterminowanej żywności wynika grzywna, jest ona kosztem alternatywnym dla zamknięcia jej w kontenerze i utylizacji. Koszt ten determinuje zatem minimalną cenę, jaką staruszka musiałaby uiścić sklepowi, za nabycie tej żywności (gdyż transakcja ta oznaczałaby konieczność zapłaty przez sklep grzywny). Jacek Sierpiński mógłby oczywiście stwierdzić w tym miejscu, że cena to nie „wartość”, jednak wówczas musielibyśmy powrócić do pytania: skąd wie, jaka jest ta wartość i dlaczego twierdzi, że jest ona zerowa?

Przypuśćmy jednak, że Jacek Sierpiński ma rację: hipermarket wycenia wartość przeterminowanej żywności na 0 zł[8]. Czy ma to jakiekolwiek znaczenie dla omawianego problemu kradzieży z włamaniem? Czy niska, lub zerowa wartość rynkowa (bo o wycenie pieniężnej tutaj, zdaje się, mówimy) uniemożliwia traktowanie czegoś, jako swojej własności? Czy w sytuacji, gdy nie jestem w stanie (nie umiem znaleźć nabywcy, nie chcę lub nie mam na to czasu) sprzedać z zyskiem jakiegoś dobra, oznacza to, że każdy ma prawo mi to dobro tak po prostu zabrać? Czy ma tym większe prawo, jeśli on z kolei wycenia to dobro wyżej ode mnie?[9]

Istotą prawa własności jest to, że niezależnie od tego, jak bardzo ceni sobie jakieś dobro obca osoba, mogę pozostawać w jego posiadaniu, o ile sam legalnie nabyłem tytuł własności do tego dobra. Mogę oczywiście sprzedać lub podarować obcej osobie takie dobro i tym samym wyzbyć się na jej rzecz tytułu własności, jednak nie muszę tego robić, nawet, jeśli dla mnie jest to tylko bezwartościowy odpad, a dla niej cenne pożywienie (nie zmienia to faktu, że wielu ludzi o dobrym sercu powiedziałoby, że postąpiłbym słusznie i moralnie, gdybym podarował jej coś, co dla mnie nie przedstawia wartości, a dla niej jest drogocenne).

Tak więc to jak wartościujemy różne dobra nie ma znaczenia dla rozpatrywania naszych uprawnień względem dysponowania tymi dobrami. Albo jestem właścicielem słoika śledzi i suchej bułki, albo nie jestem. W tym pierwszym przypadku mogę uczynić ze słoikiem, śledziami i pieczywem cokolwiek zapragnę (np. skutecznie je wyrzucić) a w tym drugim nie mogę w żaden sposób tymi dobrami dysponować, gdyż nie należą one do mnie, lecz do kogoś innego. Trzeciej opcji nie ma[10].

Wartość skradzionych dóbr (i zniszczonej kłódki!) ma jednak znaczenie przy wycenie powstałych szkód i ustaleniu ewentualnych roszczeń względem sprawcy naruszenia cudzej własności.

Czy 10 lat więzienia to zasłużona kara za zniszczenie kłódki i kradzież kilku słoików śledzi?

Musiałaby to być niezwykle cenna kłódka, ale w takim wypadku staruszka z chorym synem i bratem raczej nie daliby sobie z nią rady i nie byłoby całej tej afery. Intuicja moralna podpowiada chyba każdemu, współczującemu człowiekowi (w tym mnie), że wtrącenie do zakładu karnego ubogiej starszej kobiety za przywłaszczenie sobie niewielkiej ilości przeterminowanej żywności oraz zniszczenie kłódki, to stanowcza przesada. Nie mam też najmniejszej wątpliwości, że tak wysoki wymiar kary pojawi się tylko w nagłówkach artykułów pisanych przez szukających sensacji dziennikarzy. Żaden sędzia nie zasądzi podobnego wyroku za tak błahy czyn.

Jakie jest jednak sprawiedliwe rozwiązanie w takiej sytuacji? Jaki wyrok byłby słuszny? Z pewnością nie 10 lat więzienia, ale też z pewnością nie całkowity brak kary. Choć ktoś mógłby powiedzieć, że publiczny wstyd, jakiego najadła się stara kobieta i jej krewni mógłby być wystarczającą karą, pamiętać należy przede wszystkim o ofierze przestępstwa, a więc właścicielu skradzionych odpadów i zniszczonej kłódki. Celem wymiaru sprawiedliwości i prawa jako takiego jest nie tylko karanie sprawców przestępstw oraz odstraszanie potencjalnych przestępców, ale też zadośćuczynienie ofiarom.

Jacek Sierpiński może twierdzić, że wartość skradzionych „śmieci” była zerowa, jednak to należy pozostawić do oceny pokrzywdzonemu. Niewątpliwie jednak kłódki nie są dobrem wolnym, które można za darmo pozyskać zrywając jedną z (niczyjego) drzewa. Minimalny wymiar odszkodowania, jaki powinna więc wypłacić staruszka okradzionemu to wartość rynkowa kłódki. Powinna też oczywiście pokryć koszty sądowe, gdyż swoim postępowaniem naraziła kieszenie podatników. Wtrącenie jej do więzienia byłoby natomiast oczywiście nadmiernym sadyzmem, nie rozwiałoby niczyjego problemu, nie naprawiłoby szkód poniesionych przez sklep i nie zwiększyłoby publicznego zaufania do wymiaru sprawiedliwości, już i tak wystarczająco nadszarpniętego przez głośną ostatnio sprawę Tomasza Komendy.


[1] Wpis na profilu facebookowym Jacka Sierpińskiego: https://www.facebook.com/fpjaceksierpinski/posts/994132257429674

[2] Wpis na blogu „Dogmaty karnisty” pt. „Co to jest włamanie?”: https://dogmatykarnisty.blogspot.com/2013/04/co-to-jest-wamanie.html

[3] Czasem montowane są tez nie po to, aby uniemożliwiać wyjęcie czegoś ze śmietnika, lecz w celu wręcz przeciwnym: aby uniemożliwiać postronnym włożenie czegoś do środka. Zdarza się to często w gęsto zaludnionych obszarach, gdzie pojedynczy właściciele lub wspólnoty mieszkaniowe chcą zabezpieczyć swoje śmietniki przed sąsiadami, którzy próbują dorzucać nadmiar własnych śmieci do cudzych kontenerów, aby uniknąć ponoszenia kosztów (wynajmu dodatkowego kubła itp.). Innymi słowy, kłódka może być nie tylko formą zabezpieczenia własności przed jej ukradzeniem, ale także metodą obrony przed gapowiczami (free riders).

[4] Uprzedzając wszelkie protesty przeciwko porównywaniu wyrzuconego jedzenia do zużytego, gorącego, radioaktywnego paliwa jądrowego: przyczyny dla których ustawodawca zakazuje obrotu przeterminowana żywnością (w tym jej rozdawania) jest ryzyko dla zdrowia i życia, jakie może wiązać się ze spożyciem żywności zepsutej (a ryzyko zepsucia się żywności po terminie jej przydatności do spożycia wzrasta). Mówi o tym ustawa z dnia 28 października 2006 roku o bezpieczeństwie żywności i żywienia [Dz. U. nr 171, poz. 1225 ze zm.].

[5] Walter Block, „Libertarianism, positive obligations and property abandonment: children rights”, International Journal of Social Economics 31, nr. 3 (2004) [tłum. własne].

[6] Tamże.

[7] Jacek Sierpiński, cytowany wyżej wpis z Facebooka [pogrubienie moje].

[8] Dla uproszczenia przyjmijmy, że 0 zł to wartość już po wliczeniu kosztów utylizacji. Gwoli uczciwości warto zaznaczyć, że w hipotetycznej sytuacji, gdy nie obowiązywałaby wspomniana przez Jacka Sierpińskiego grzywna, wartość przeterminowanej żywności być może faktycznie byłaby dla sklepu zerowa (jednak aby tak było, sklep musiałby dojść do wniosku, że popyt na rynku na taką żywność po terminie przydatności do spożycia jest zerowy, co wydaje się mało prawdopodobne). Jednak w obecnych warunkach, gdy sklep nie może rozdać takich odpadów bezpłatnie, tylko musi ponieść koszt ich utylizacji, aby uniknąć grzywny, utylizacja (a więc zamknięty na kłódkę śmietnik stanowiący etap tej utylizacji) przedstawia dla niego wartość.

[9] Właściwie trudno powiedzieć, aby staruszka włamująca sie do śmietnika wyceniała przechowywane tam zasoby wyżej od ich właściciela. Jedynym, w miarę obiektywnym sposobem poznawania preferencji w społeczeństwie jest obserwacja dobrowolnych wymian handlowych. Gdy osoba A jest gotowa zapłacić osobie B za odstąpienie jej jakiegoś dobra i osoba B godzi się przyjąć proponowaną cenę, wiemy, że A ceni wyżej uzyskane dobro od oddanej w zamian kwoty pieniędzy a B odwrotnie. W sytuacji, gdy nie dochodzi do żadnej, dobrowolnej interakcji między A i B, czyli w scenariuszu kradzieży z włamaniem, nie da się powiedzieć nic o relacji między preferencjami tych osób poza tym, że A (włamywacz) preferuje posiadanie kradzionych dóbr nad ich nie posiadaniem. Podobnie jednak jest w przypadku B, gdyż w przeciwnym razie nie montowałby kłódki na kontenerze. Mamy więc dwie preferencje posiadania kontroli nad jakimiś zasobami, ale nie jesteśmy w stanie ich ze sobą porównać. Wygląda na to, że tylko Jacek Sierpiński potrafi w tej sytuacji porównać ze sobą te preferencje i tylko on wie lepiej od właściciela kontenera i kłódki, że wcale nie są one mu potrzebne!

[10] Ponieważ nie istnieją pierwotne, niczyje, niezawłaszczone nigdy słoiki ze śledziami ani bułki, pomijam możliwość, gdy jakieś dobro jest dobrem dziewiczym, niczyim, które dopiero można pierwotnie zawłaszczyć.

Reklamy
Ten wpis został opublikowany w kategorii Libertarianizm, Prawo, Wydarzenia. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

2 odpowiedzi na „Czy można ukraść zawartość śmietnika?

  1. ziemekz pisze:

    Gdyby Kapitan Państwo nie zakazywałby oddawania przeterminowanego jedzenia, staruszka nie musiałaby kraść ze śmietnika. Zakładając oczywiście, że sklep nie weźmie ewentualnej odpowiedzialności za skutki zjedzenia przeterminowanego jedzenia, gdyż staruszka powinna być ich świadoma, a przecież volenti non fit iniuria.
    Czyli jak zawsze państwo spieprzyło robotę…

  2. Co do wyceny skradzionych śmieci, nie może być tak, że właściciel może zażądać za nie dowolnej kwoty. Musi udowodnić, że faktycznie miały one dla niego taką, a nie inną wartość. A ta prawdopodobnie będzie zerowa. Od władz Eurokołchozu też można by zażądać odszkodowania za skutki tych idiotycznych przepisów – jak coś jest lekko przeterminowane, to niekoniecznie musi być od razu szkodliwe (np. po jednym dniu smak może być nieco gorszy). Z drugiej strony, jak właściciel supermarketu wiedział, że nie zdąży sprzedać swoich produktów, mógłby je umieścić na specjalnie oznakowanej półce z żywnością dla ubogich, z której mogliby je brać za darmo. Za to, że tak nie zrobił, można by go zbojkotować. No i oczywiście zachęcam do pomagania ubogim, żeby nie musieli się posuwać do takich czynów.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s